Partner serwisu
03 marca 2016

Kłopoty z energetycznym rynkiem

Kategoria: Zdaniem Szczęśniaka

Pisałem już kiedyś, jak ciekawie jest skonstruowany twór, potocznie zwany rynkiem energetycznym w Wielkiej Brytanii (Brytyjskie doświadczenia z rynkiem). Właśnie tam problemy z efektami tego pomysłu widać już jak na dłoni. 

Kłopoty z energetycznym rynkiem

Na czym polegał pomysł na rynek energetyczny? Wcześniej był to sektor zmonopolizowany, w których dominowały pionowo zintegrowane podmioty, przeważnie państwowe lub komunalne, a problemy ceny rozwiązywało się poprzez  nadzór właścicielski i długoterminowy kontrakt. Celem  tej zmiany było przede wszystkim umożliwienie wejścia nowym graczom energetycznym, w wielu krajach – zagranicznych. Aby było to wykonalne, podzielono cały sektor na trzy segmenty: produkcję, infrastrukturę przesyłową i dystrybucyjną oraz sprzedaż. Konieczne stało się  odejście od formuły „public utility”, czyli usługi publicznej, więc skomercjalizowano każdy z nowych segmentów. Towarzyszyła temu bogata twórczość legislacyjna - ogromna ilość nowych przepisów, ustanawiających zakazy, nakazy, reguły gry dla tak podzielonych podmiotów. Cały bowiem ciąg produktowy - od surowców do ostatecznej sprzedaży klientowi, wcześniej zarządzany w ramach jednego przedsiębiorstwa, został  poszatkowany między różne podmioty o sprzecznych interesach, więc zasady gry musi stanowić państwo. W tym celu ustanowiono niezależnego regulatora, który ma wyważać reguły gry między nimi i dbać, by podmioty miały swobodne wejście na  rynek. Na koniec wszystkie te segmenty miały być sprywatyzowane, by zapanowała konkurencja, a państwo nie zajmowało się energią.

Taki był pomysł już kilkadziesiąt lat temu. Po prawie 20 latach intensywnego wprowadzania reguł w Unii Europejskiej, spotykamy się z poważnymi problemami, spowodowanymi właśnie tą konstrukcją.

Podstawową zaletą rynku miał być mechanizm cenowy, który równoważyłby sygnały popytu i podaży, by wskazywać właściwą cenę. W ostatnich latach rzeczywiście ceny energii spadły, ale problem w tym, że koszty generacji wzrosły i według dzisiejszych cen hurtowych inwestycje w nowe moce generacyjne są niemożliwe z powodu nieopłacalności. Giełdowa cena sprzedaży energii jest bardzo zmienna, osiąga czasami poziom zerowy lub nawet ujemny, a jej średni poziom blokuje inwestycje w nowe moce. Ten mechanizm „nie czyta” potrzeb, które nastąpią za kilka lat, gdy  proces inwestycyjny trzeba zacząć już dzisiaj. Więc inwestycji nie ma, wręcz przeciwnie, wcześniej niż wskazywałyby wymogi technologiczne zamyka się elektrownie, a stabilne do tej pory firmy energetyczne mają potężne kłopoty i straty finansowe. A potrzeby inwestycyjne, by zaspokoić potrzeby starzejących się mocy generacyjnych i infrastruktury przesyłowej – rosną z każdym rokiem. Podobnie też rosną ceny dla ostatecznego odbiorcy. Te zjawiska w Polsce występują w formie początkowej, ale w zachodniej Europie objawy kryzysu są już poważne.

Główną przyczyną tej sytuacji jest fakt, że na rynku mamy dwie kategorie dostawców energii. Pierwsi to źródła klasyczne – paliwa kopalne, energia jądrowa - które mają żyć z rynku. Drudzy to źródła odnawialne, które oprócz dochodów ze sprzedaży mają bardzo poważne zasilanie spoza rynku.  Gdy pierwsze źródła muszą obciążać klienta coraz większymi kosztami zewnętrznymi, drugie – konsumują te składki w postaci Feed-in-Tariff czy różnokolorowych certyfikatów. I choć nowe źródła są znacznie droższe, gdy policzyć nakłady kapitałowe, to operacyjne koszty tej nowej energii są bliskie zeru. Więc przy hojnym państwie, finansującym z boku nową energię, gracz ten niszczy mechanizm rynkowy.

Taki system długo się nie utrzyma. Pytanie jak go naprawić, gdy jego beneficjenci z dnia na dzień są mocniejsi?

Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ