Partner serwisu
Tylko u nas
21 stycznia 2020

Zdaniem Szczęśniaka: Zabrania się zabraniać. Żarówek

Kategoria: Zdaniem Szczęśniaka

Przed Świętami byłem w wielkim supermarkecie AGD. Trzeba było coś uzupełnić w wyposażeniu domowym. I przeżyłem tam coś na kształt szoku poznawczego. A wszystko przez zwykłą żarówkę. Dlatego postanowiłem ten tekst napisać. Ale po kolei.

Zdaniem Szczęśniaka: Zabrania się zabraniać. Żarówek

Donald Trump na pomarańczowo

Moda na zabranianie, jak wiele innych, do Europy zawitała z Ameryki. Tam już w 2007 r. przyjęto tam prawo ("Energy Independence and Security Act of 2007"), zabraniające używania zwykłej, tradycyjnej żarówki (łukowej) żarowej, wynalezionej w połowie XIX w., w której włókno żarowe z wolframu (kiedyś z grafitu) rozgrzewało się do 2500 stopni i dawało przyjemne ciepłe światło. Od 2012 r. nie można było najpierw używać żarówek 100-watowych, i tak dalej... W 2020 w kolejnych rodzajach oświetlenia

Jednak ostatnio odwołano przepisy, całkowicie zakazujące użycia żarówek. Prezydent Trump zrobił to zresztą w swoim oryginalnym stylu, mówiąc że w świetle żarówki lepiej wygląda zaś przy świetlówkach wygląda "pomarańczowo". Oczywiście wywołało to falę kpin, protestów i pozwów sądowych (sprawa nagminna w USA, o przepisach decydują sędziowie), jednak zatrzymało proces przymuszania Amerykanów do kupowania wielokrotnie droższych lamp diodowych (LED).

LED-y już zdobyły większość rynku, jednak decyzja ta wywołała burzę medialną. Pozostawienie bowiem na rynku dużo tańszego alternatywnego produktu (LED-y są w USA ponad 5-krotnie droższe od żarówek), nie pozwoli podnosić ceny w obawie o odejście klientów. Nie wierzący w teorie globalnego ocieplenia prezydent Trump odwrócił ten nieuchronny wydawałoby się bieg historii, bo przecież prawo Kopernika- Greshama mówi jasno: "pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy". Zwłaszcza przy pomocy polityków, aktywistów i mediów.

UE zakazała

Za Ameryką poszła Europa i w 2009 r. także uchwaliła stopniowe wprowadzanie zakazu żarówek. Zdecydowano się na twarde cięcie, wprowadzono normy, których klasyczne żarówki po prostu fizycznie nie mogły spełnić. Nie zakazano więc produktu, po prostu przepisami technicznymi je wyeliminowano z rynku, w efekcie - uniemożliwiono ich zakup i użytkowanie. Ale dzięki takiemu podejściu zasada subsydiarności została zachowana jak również "swoboda przepływu towarów".

Nie przysporzyło to Brukseli popularności, do dzisiaj wszelkie ruchy "populistyczne" czy "eurosceptyczne" używają przykładu żarówki jako kwintesencji biurokracji i lobbingu w Unii. Z kolei beneficjenci tego zakazu czuwają, żeby komuś (jak Trumpowi) nie przyszło do głowy "odkręcić sprawy". Nawet zapytanie przez prezydenta Dudę, "dlaczego w sklepie nie można kupić już zwykłej żarówki? Bo UE zakazała" - wywołało falę krytyki i oburzenia... Jak tak można zadawać taaaakie pytania... Jednak można, a nawet trzeba, dlaczego bowiem mamy płacić więcej za produkt gorszy?

Thomas Edison obraca się w grobie z pewnością, gdy niszczy się jego genialny produkt, powszechnie używany na całym świecie, niezwykle tani i preferowany przez wszystkich. Równolegle przecież na rynku były dostępne fluorescencyjne źródła oświetlenia, czyli świetlówki. Klienci ich nie chcieli, gdyż miały rozliczne wady.

Gorszy produkt wypiera lepszy

Zmianę uzasadniano jak zawsze oszczędnością energii, mówiąc o współczynniku ilości światła (w lumenach) uzyskanej z jednostki energii. Tak dla świetlówek jak i diod, był oczywiście zachęcający. Jednak to bardzo wąski zakres porównania, pomijający jakość światła, ograniczenia jego zastosowań, szczególnie neonówek, które jako pierwsze zaczęły zastępować żarówki. Nie mogą one być stosowane tam, gdzie ważne jest właściwe postrzeganie kolorów, możliwość przyciemnienie światła. Nie brano też pod uwagę, że pojawiają się nowe źródła pól magnetycznych, które mają wpływ na człowieka. To że technologia ta wykorzystuje rtęć w świetlówkach, z powodu której to nie pozwalano używać termometrów, także nie miało znaczenia.

Oświetlenie LED-owe ma również wady. Emituje zimne światło, zmieniające naszą percepcję, przedmioty mają inną kolorystykę niż w rzeczywistości, na które nie można nawet popatrzyć, bo oślepia z powodu z powodu tzw. "niebieskiego szumu". Nie służy im także wysoka temperatura i nasłonecznienie. Oczywiście są LED-y oferujące światło bardzo podobne do światła dziennego, ale te są już kosmicznie drogie. Czyli w imię oszczędności energii pozbawiamy wszystkich taniego i jakościowo dobrego produktu, zmuszamy (zmuszamy, nie zachęcamy) do używania droższego i gorszego, a jedynie najbogatsi klienci za duże pieniądze mogą mieć to, co kiedyś miał każdy.

Cena czyni cuda?

No i ta najważniejsza wada - drożyzna. I tu przejdę do mojego szoku zapowiadanego na początku tekstu. Otóż w tym wielkim sklepie pamiętam jak 10 lat temu, sprzed czasów zakazu, kupowałem zwykłe żarówki (do dzisiaj mi służą) po 95 groszy. Dzisiaj w tym sklepie lampy ledowe, udające żarówki kosztują 17 złotych sztuka. To mnie właśnie zszokowało - prawie 20-krotnie więcej. Ja wszystko rozumiem, ale aż tyle? 20 razy? To ma oznaczać postęp? Gorszy produkt i aż o tyle droższy?

Zielono i drogo, ale nie przypuszczałem, że może być aż tak. Niestety, to stały element tej wielkiej "transformacji energetycznej", która globalnie cieszy się taką popularnością. Zmuszają do użytkowania gorszych i do tego droższych produktów. Zabraniają też używania tego, co jest tańsze i bardziej efektywne.

Ta szokująca różnica cenowa nie wzbudza żadnego zainteresowania urzędów, chroniących (bardzo umownie) konsumenta czy strzegących konkurencji. Nie porusza także samych konsumentów, gdyż jest to towar nabywany bardzo rzadko, nie obciążający znacząco kieszeni... Choć jeśli pomyślimy o kimś, najgorzej zarabiających czy otrzymujących 1000 złotych emerytury, to różnica między 95 groszami a 17 złotymi robi się już poważna. Niestety "transformacja energetyczna" nie jest dla biednych ludzi. Ten proces najbardziej obciąża właśnie osoby o niskich dochodach, przenosi na nie ciężary tego wyścigu do nowych, droższych i często wcale nie lepszych produktów.

Czy to się opłaca?

Ekonomika produktu składa się z kosztu nabycia, i kosztów użytkowania, liczy się też czas użytkowania. I tu ponoć nowe źródła światła mają być niezwykle długowieczne, jednak są co do tego duże wątpliwości. Trwałość żarówek LED jest wręcz legendarna - podaje się, że mogą świecić "do 50 tysięcy godzin", gdy żywotność zwykłej żarówki oceniano na 2 tysiące. Jednak takie osiągi mają mieć jedynie "dobrej jakości" lampy LED, a "renomowani producenci nie deklarują najwyższej zakładanej żywotności swoich lamp". Choć jak tu liczyć tę żywotność, gdy lampy LED nie przepalają się gwałtownie, jak żarówki, one po prostu dają coraz mniej światła. Poza tym jak zawsze słówko "mogą" niesie dużo niepewności, a dla bezpieczeństwa propagujący te nowe wynalazki twierdzą, że "żarówki kończą swój żywot szybciej niż większość nowoczesnych lamp jak LED-y". Większość... mhm...

A przecież właśnie zwykłe żarówki wystarczały na długie lata, wymieniało się je bardzo rzadko, najczęściej na skutek jakiegoś wydarzenia, jak przypadkowe uderzenie. W tak niezwykłą trwałość dużo bardziej skomplikowanego technicznie produktu nie chce mi się wierzyć, moje doświadczenie mówi zupełnie co innego - im więcej elementów, tym krótsze funkcjonowanie.

Z pewnością drogie żarówki nigdy nie zwrócą się - ani energetycznie, a już na pewno - finansowo - w miejscach, gdzie ze światła korzysta się rzadko, np. w piwniczce czy schowku.

I generalnie rewolucję energetyczną w rozpoczęto od śladowego źródła zużycia energii. Otóż światło zużywa mikroskopijną część energii naszych domów - około 3,5 procenta. W związku z tym oszczędności dla bilansu energetycznego są tak niewielkie, że wręcz pomijalne. Jednak nagłaśniano je bardzo, komisarz Piebgals pisał, że konsumenci zaoszczędzą 40 TWh energii. Wydaje się dużo (ok. 1/4 zużycia w Polsce), jednak jest o zaledwie jeden procent zużycia prądu w Unii Europejskiej. O tym już nie pisano.

Dzięki temu, że wycięto w pień konkurencyjne tańsze produkty, nadzwyczajne zyski producentów oświetlenia są niebotyczne. Już nie mówiąc o wolności wyboru, którą dzisiaj trzeba zaspokajać pokątnie, kupując importowane tradycyjne żarówki, które sprzedawane są dzięki luce w przepisach - czyli "do specjalnych zastosowań". I tak kosztują co najmniej 2,50 zł, ale w wielkich sieciach na próżno ich szukać. Co wg mnie kwalifikuje się do zmowy, która powinien zbadać UOKiK.

Rządy powszechnie na świecie po prostu przymuszają nas do oszczędności. Ponoć oszczędzamy energię, ale z pewnością nie oszczędzamy na wydatkach.

Dobro konsumenta czy kartel producentów?

Ten zakaz pozbawia konsumentów wolności wyboru, gdzie oszczędność zużycia jest ważna, ale podobna trochę do wyboru: czy wolno kupić tylko najnowszy model samochodu, spalający 5 litrów na setkę, bo mniej pali? A jeśli za 30 razy mniej pieniędzy kupię taki, co pali 9 litrów? Czy Unia może mi tego zakaże? Bo oszczędność paliwa...?

I tu pytanie, czy to zmuszanie nas w imię oszczędności energii (szerzej: zmniejszania jakiegoś "śladu węglowego" przez ludzkość), nie kreuje gospodarki zmonopolizowanej, gdzie posiadacze patentów i technologii, uzyskują z nich wysoką rentę, a konkurencja jest ograniczona prawami patentowymi i ochroną własności intelektualnej. A wszystko to wspierane zakazem używania produktów prostych... i lepszych. Sprawdzimy jak to działa, wyślemy link do tego artykuły na KierunekChemia.pl z formalną skargą konsumenta, narażonego na ograniczenie swobody wyboru i zmuszonego do kupowania droższych produktów, do UOKiK. I zobaczymy, na ile urząd ten chroni i konkurencję i konsumenta, a na ile kartele, utworzone regulacjami unijnymi, które zabraniają nam tańszych i lepszych produktów.

fot. 123rf.com/ zdjęcie ilustracyjne
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ