Partner serwisu
Tylko u nas
29 marca 2019

Zdaniem Szczęśniaka: Chętnie zapłacimy za duńskie rurociągi

Kategoria: Zdaniem Szczęśniaka

Przy opisywaniu naszej porażki przy negocjowaniu z Danią podziału obszarów morskich, tylko zasygnalizowałem główną przyczynę tego wydarzenia - budowę rurociągu Baltic Pipe. Ten projekt rozpoczął się wraz ze zmianą władzy w 2015 r. i od tej pory nie przekroczył bariery realnych działań, pozostając w sferze politycznych negocjacji, prac analitycznych i administracyjnych pozwoleń. Niewiele osiągnięto przez te 3,5 roku w kategoriach realnych, co umacnia mnie w przekonaniu, że ten projekt nie powstanie. Z pewnością w postaci trójelementowego projektu, sięgającego aż do rurociągów czy złóż na Morzu Północnym. Zaś szanse powstania krótkiego odcinka do Danii oceniam na 5 procent.

Zdaniem Szczęśniaka: Chętnie zapłacimy za duńskie rurociągi

Jeśli jednak dzisiejsza partia rządząca wygra wybory i pójdzie w zaparte, musząc dalej brnąć w ten projekt, to warunki, które uzgodniliśmy z Danią już w sprawie samego rurociągu - nie są zachwycające, mówiąc bardzo delikatnie. Miesiąc bowiem po opisanej wcześniej umowie o podziale terytorium morskiego, polski rząd podpisał z Danią porozumienie o budowie rurociągu między naszymi krajami. I tam jest też kilka kosztownych zobowiązań.

Przede wszystkim to my poniesiemy wszystkie koszty budowy - Gaz-System sfinansuje w całości budowę całej podmorskiej rury. Przy przedsięwzięciach, które są zdrowe biznesowo obie strony powinny jakoś uczestniczyć w kosztach. Tutaj - na naszych barkach cała inwestycja. Gaz-System będzie oczywiście właścicielem i operatorem podmorskiej części gazociągu. Z kolei tłocznia gazu Everdrup na wyspie Zelandia będzie własnością duńskiego operatora Energinet, ale Gaz-System będzie także ponosił część kosztów jej budowy. Tak więc my płacimy i za swoje i za cudze inwestycje, a Duńczycy, chociaż też chcą korzystać z tego gazociągu (żeby importować rosyjski lub norweski gaz), za swoje - nawet za swoje nie płacą w pełni.

Jak mówi stare przysłowie, "cudze pieniądze wydaje się najłatwiej". Nasz regulator, Urząd Regulacji Energetyki, po prostu wpisze te koszty w taryfę Gaz-Systemu, co realnie oznacza obciążenie tymi kosztami odbiorców. Także przemysłowych. Będą oni płacić za "eksploatację części gazociągu oraz tłoczni Everdrup, infrastruktury poza terytorium Polski". Normalka. Brew jedynie można podnieść ze zdziwienia, czytając w uzasadnieniu rządowym, że "przeniesienie, przez taryfę, na użytkowników systemu przesyłowego Rzeczypospolitej Polskiej kosztów poniesionych przez operatora w związku z realizacją projektu Baltic Pipe poza terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, nie prowadzi więc do powstania nowego obciążenia finansowego." Ciekawa gra słów, prawda? . Nowego oczywiście nie, ale podniesie dzisiejsze.

Do tych wszystkich obciążeń należy jeszcze dodać zobowiązanie PGNiG ze stycznia 2018 r. do wykupienia mocy przesyłowych Baltic Pipe od zarządzającego nim Gaz-Systemu. Oczywiście tylko PGNiG było zainteresowane takimi usługami, co tylko potwierdza tezę, że jest "wożenie drewna do lasu". Natomiast za przesył z Norwegii do brzegów Bałtyku PGNiG także zapłaci, tylko że duńskiej spółce Energinet. Więc Duńczycy na nasz koszt wybudują u siebie rurociągi. A PGNiG, a dokładnie polscy odbiorcy gazu to sfinansują. Łącznie 8,1 miliarda złotych za 15 lat. Jak widać cały projekt obciąża polskie spółki, a dokładniej - polskiego konsumenta gazu. Duńczycy zacierają ręce.

Co trzeba też "podnieść", to zgoda wszystkich partii politycznych na takie poświęcenia. O ile bowiem w sprawie oddania tak dużej części wyłącznej strefy ekonomicznej w ręce Danii, przeciwko głosowało 142 posłów, to w sprawie umowy o Baltic Pipe (oczywistej przyczynie takich wyrzeczeń, prawie wszyscy stanęli na baczność i głosowali za). Tylko jeden z posłów był przeciw, dwóch wstrzymało się od głosu.

Warto jeszcze przypomnieć, że dużo wcześniej złożyliśmy deklaracje o „stworzeniu jeszcze lepszych warunków dla inwestorów z Danii”. Pod tymi pięknymi hasłami kryją się oczywiście... pieniądze. To oznacza, że nasze państwo stworzy takie warunki, że przedsiębiorstwa duńskie będą odnosić jeszcze większe zyski z zainwestowanych w Polsce pieniędzy. Kiedyś o bardzo złym bilansie inwestycji zagranicznych (znaleźć je można w statystykach NPB pod hasłem "międzynarodowa pozycja inwestycyjna") mówił premier Morawiecki przy swoim „planie odpowiedzialnego rozwoju”. Jeśli przyjrzeć się konkretnemu przypadkowi Danii, to wynik nie jest zbyt zachęcający. Polska ma zaledwie 150 milionów złotych zainwestowane w Danii, podczas gdy Duńczycy prawie 13 miliardów zł. To 85 razy więcej, a gdy przeliczyć to na portfel każdego obywatela, to jest jeszcze gorzej (Duńczyków jest zaledwie 5,6 miliona). Przeciętny Duńczyk (jeśli coś takiego istnieje, szczególnie przy inwestycjach finansowych), zainwestował prawie 600 razy więcej w Polsce niż Polak w Danii.

Podobnie jest z dochodami z tych właśnie inwestycji, Polska uzyskała w Danii zaledwie 2,9 mln zł zysków z inwestycji, gdy Duńczycy – prawie 600 mln. Jak widać, dochodowość duńskich inwestycji jest drastycznie wyższa niż polskich - z jednej zainwestowanej "złotówki" Duńczycy odnoszą 2,5-krotnie wyższe dochody. Tak więc, jeśli zrealizujemy nasze zobowiązanie do poprawienia warunków dla duńskich inwestorów, już nie 600 milionów, a znacznie więcej będzie co roku wyjeżdżać z Polski.

Gdy to pisałem, przypomniały mi się młodzieńcze wygłupy, gdy na koloniach na porannym apelu śpiewaliśmy harcerski hymn "Wszystko co nasze Polsce oddamy...". W tym wieku "górnym i durnym", jak pisał wieszcz, w swojej chojrackiej odwadze, przerabialiśmy te słowa na całkiem inne: "Wszystko, co nasze, oddam za kaszę, a co nie nasze, oddam za ryż". No, ale my byliśmy młodzi i głupi, a tu...

Wszystkie teksty eksperta dostępne TUTAJ.

fot. 123rf.com/fot. ilustracyjne
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ