Partner serwisu
21 sierpnia 2017

Zdaniem Szczęśniaka: Dlaczego PGNiG nie ma na Ukrainie?

Kategoria: Zdaniem Szczęśniaka

Pisząc ostatnio o Ukrainie i przekształceniach tamtego rynku gazowego, narzuciło mi się pytanie „dlaczego PGNiG tam nie inwestuje?”. Przecież tamtejszy sektor gazowy coraz bardziej przypomina europejski. Tyle się nad nim napracują zachodnie instytucje (Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy), co chwilę przymuszając Kijów do wprowadzenia jakichś zmian, otwierających ten kraj na zagranicznych inwestorów. Poprzedni wiceprezydent USA, Joe Biden, nawet się poskarżył, że rozmawia z prezydentem Poroszenko więcej niż z własną żoną. Cały ten wysiłek (nie należy zapominać o Unii Europejskiej) powoduje, że oporni Ukraińcy po kawałku otwierają gospodarkę, a nawet są o krok od oddania swojego największego skarbu – tranzytowego systemu przesyłu gazu (GTS).

Zdaniem Szczęśniaka: Dlaczego PGNiG nie ma na Ukrainie?

Czyli wszystko na wschód od nas europeizuje się, a my…? Stoimy i czekamy?

Rozumiem, że PGNiG ma złe wspomnienia z dotychczasowych prób. Prawie 20 lat temu, w 1998 roku dwaj prezydenci, Aleksander Kwaśniewski i Leonid Kuczma, uroczyście podpisali porozumienie o współpracy. (Przypomnieć by należało, że nie mamy szczęścia do porozumień na tak wysokim szczeblu, w marcu 2007 roku prezydenci Lech Kaczyński i Wiktor Juszczenko również podpisali porozumienie o budowie rurociągu Odessa – Brody, którego po 10 latach wciąż nie ma). Ukraińska spółka PGNiG - „Dewon” została zarejestrowana w 2000 roku, a apetyty były ogromne - ze złoża sachalińskiego obiecywano importować  nawet miliard m3 gazu rocznie. A było z czego - złoże gazu Sachalinskoje to jedno z  największych, szacowane na 15 miliardów m3 gazu i 1,7 mln ton ropy.

Burzliwe wydarzenia u  naszego wschodniego sąsiada przekreśliły  jednak ten projekt. Już w czasie  Pomarańczowej Rewolucji w 2004 roku władza w ministerstwach i  wpływy w państwowych spółkach przechodziły z rąk do rąk, a  ukraińscy oligarchowie nie bawili się  w konwenanse. „Dewon”   był zakładnikiem tych politycznych przewrotów, nie miał bowiem praw do  eksploatacji złoża i musiał korzystać z koncesji innej ukraińskiej spółki. Gdy więc w 2003 roku popłynął pierwszy gaz, spółka nie mogła go sprzedawać do Polski. Rok później administracja ukraińska – już pod kierownictwem innego oligarchy - przekazała koncesję na wydobycie innej spółce (Ukrnieftieburienie), a ta nie chciała udzielić Dewonowi prawa do handlu wydobytym gazem. Rozpoczęły się sądowe korowody, trwające latami. Po długich walkach uzyskano w końcu koncesję na wydobycie, jednak jej ważność skończyła się po dwóch latach – w 2009 roku.  Od tego czasu PGNiG wciąż myśli o wycofaniu się z tego przedsięwzięcia. Myśli, myśli i nie wycofał się do dzisiaj. Spółka od siedmiu lat nic nie wydobywa, więc tak akcje kupione przez naszego narodowego gazowego monopolisty, jak i pożyczki (8 milionów dolarów)  z pewnością są nie do odzyskania.

Państwo - mimo że Polska odgrywała ważną rolę w politycznej  rewolucji  u sąsiadów - nie potrafiło wywalczyć przyzwoitych warunków działania dla swojej strategicznej firmy. Niestety to nic nowego, podobnie było z Orlenem na Litwie.Tak więc PGNiG powróciło na tarczy z tej ukraińskiej wyprawy, co też nie jest u nas czymś nowym, należy przypomnieć choćby Możejki czy złoże Yme.

Ale dlaczego dzisiaj, po tylu latach od ostatnich doświadczeń, PGNiG pozostaje tak bierne? 

Przecież Polska ponosi spore nakłady na dostarczenie gazu na Ukrainę, rozbudowaliśmy przejście w Hermanowicach, które z powodu warunków umowy z Gazpromem, przepompowuje z powrotem na wschód gaz zaimportowany z Rosji. Dzisiaj zobowiązujemy się eksportować na Ukrainę  prawie dwa miliardy m3 gazu rocznie.  Oczywiście taki system może działać tylko wtedy, gdy płynie gaz z Gazpromu, natychmiast przy zerwaniu dostaw ten rewers przestaje działać, nie mamy bowiem możliwości dostarczyć do wschodniej granicy gazu z innych kierunków. Tak się też stało we wrześniu  2014 roku,  kiedy  przy lekkim wahnięciu dostaw rosyjskich  od razu odcięto przesył na Ukrainę.

Trzeba  przecież przyznać, że robimy bardzo dużo dla Ukrainy, Polska jako pierwsza otworzyła jej dostęp do gazu z zachodu, i w 2012 roku zaczęła eksportować  gaz.  Tylko jest drobny problem z tym „zaczęliśmy”, bo to nie PGNiG, a niemiecki RWE dostarczał  z polskiego rynku gaz i zarabiał na tym świetnie, gdyż marże na sprzedaży na wschód były wtedy bardzo wysokie.

Ale dlaczego tylko eksportujemy? Dlaczego nie zdobywamy rynku?  TUTAJ

fot. 123rf.com
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ