Partner serwisu
02 grudnia 2015

Energetyczny TTIP

Kategoria: Zdaniem Szczęśniaka

Poprzednio mogliśmy się dowiedzieć, jakie są podstawy negocjowanego chemicznego Paktu Transatlantyckiego i co w tych negocjacjach jest największą przeszkodą, budząca szerokie społeczne protesty. Przyjrzyjmy się tematowi energii, najszerzej w Polsce omawianemu.

Energetyczny TTIP

W Polsce mówi się dużo o imporcie amerykańskiego LNG, jednak wymiana handlowa w sektorze energetycznym to dzisiaj jedynie węgiel i gotowe paliwa eksportowane do Europy. Nie ma tu taryf celnych, towary swobodnie płyną przez Atlantyk. Generalnie więc dla importu LNG wcale nie trzeba tworzyć specjalnego rozdziału, gdyż zaliczają się one do ogólnej kategorii produktów i usług, których dotyczy TTIP. Chodzi o zdjęcie przeszkód po amerykańskiej stronie, które uzależniają eksport od decyzji administracji.

W tej sprawie mamy już doświadczenie z wypracowanego w październiku porozumienia regionu Pacyfiku - Trans-Pacific Partnership Agreement (TPP). Nie ma tam nic o energii, ale samo zawarcie porozumienia o wolnym handlu (FTA) zmienia status państw traktat. Dzisiaj, aby sprowadzić gaz ziemny z USA, należy poddać się autoryzacji, czy eksport do jakiegoś kraju leży w „interesie publicznym USA”.

Polscy politycy angażują się także w zniesienie amerykańskiego zakazu eksportu ropy naftowej. Jednak w Waszyngtonie w tej sprawie politycy są bardzo podzieleni i szanse na jego zniesienie są niewielkie. Z kolei nadzieje związane z USA jako eksporterem od początku były mało realistyczne, dzisiaj gdy maksimum produkcji ropy z łupków mamy za sobą, gdy wydobycie spadło o pół miliona baryłek dziennie od szczytu w kwietniu 2015 r. („Oil Peak, Shale, American”) – jest oczywiste, że na amerykańska ropę nie ma co liczyć.

Dlatego nadzieje na obniżenie kosztów energii dla Europy przez import LNG i import ropy z  Ameryki są iluzoryczne. Ekonomia transportu gazu (skroplenie i transport są wielokrotnie droższe niż przesył rurociągiem) i fakt, że Ameryka jest i będzie potężnym importerem, a nie eksporterem ropy – jasno pokazuje, że nie ma ekonomicznych przesłanek do ekspansji amerykańskich węglowodorów na europejski rynek. Jedyną zaletą takiego rozwiązania jest otworzenie nowego źródła, które w momencie kryzysu może być przydatne, ponieważ wzrośnie bezpieczeństwo energetyczne. Biznesowymi beneficjentami zmian są amerykańskie firmy naftowe, które otrzymują łatwiejszy dostęp do nowych rynków, zwiększając swoje obroty i zyski i tworząc miejsca pracy w Ameryce.

Czasami łatwy dostęp do surowców energetycznych przyprawia Unię o ból głowy. Tak się stało, gdy w USA wybuchła łupkowa rewolucja, a do Europy w 2013 r. przypłynęło 100 milionów (więcej niż Polska wydobywa) ton taniego amerykańskiego węgla, wypchniętego z rodzimego rynku przez gaz ziemny. W Unii z tego powodu wzrosły emisje dwutlenku węgla, węgiel wrócił do łask, a polskie kopalnie odczuły wady globalnego rynku i pogrążyły się w kryzysie.

Unia w negocjacjach chce włączenia energii jako tematu w TTIP, ale myśli o całkiem innej energii. Poprzez zniesienie wymogów „lokalnej zawartości” chce otworzyć rynek amerykański dla swoich urządzeń energii z wiatru czy sektora przemysłu efektywności energetycznej, w produkcji których wiodące kraje unijne (Niemcy, Dania) są bardzo mocne. Jednak ustawa „Buy American” uzależnia zakupy w dziedzinach finansowanych przez państwo od tego, czy wyprodukowano towar w USA.

Wydaje mi się, że z energią w TTIP jest tak jak reklamowaną w Polsce Unią Energetyczną. Pisałem   kiedyś („Czy Unia Energetyczna jest dla nas dobra?”), że u nas dużo mówiono o węglu, a w Brukseli pomysł przemienił się w kolejną mutację pakietu klimatycznego, czyli anty-węglowego. Dużo się o amerykańskiej energii mówi, ale czy coś z tego będzie?

Energia nie jest bowiem zmartwieniem handlowym Europy, oczywiście odgrywa ważną rolę jako koszt gospodarczy, szczególnie w przemyśle chemicznym, gdzie przewaga – i to ogromna – jest po amerykańskiej stronie.

Wolny rynek, czyli znoszenie barier dostępu – służy mocniejszemu. Wielka Brytania, później Stany Zjednoczone gdy były słabymi gospodarkami, rozwijały się ochraniając własny przemysł. Gdy zdobywały pozycję lidera, były mocniejsze od konkurentów, ogłaszały, że wolny rynek „is the best”. Rozumna ochrona własnego rynku przez słabszego jest wskazana. A w energii akurat Europa najmocniejsza nie jest.

Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ