Partner serwisu
Tylko u nas
02 listopada 2020

Zdaniem Szczęśniaka: Wielka zielona Grupa

Kategoria: Aktualności

Po przegranej bitwie pod Ostrołęką przez kraj przeszła wielka fala deklaracji konwersji na odnawialną energię: 

  • "neutrality CO2" Orlenu 2050
  • pogłębiony zielony zwrot Tauronu
  • koniec źródeł węglowych w strategii PGE do 2050
  • całkowite odejście od węgla grupy PAK w 2030
  • a nawet odejście od wydobycia ropy w kierunku zielonej energii spółki wydobywczej Lotos Petrobaltic

Zdaniem Szczęśniaka: Wielka zielona Grupa

Polska energetyka z dnia na dzień przechodzi na zieloną stronę mocy. Symbolicznym gestem jest zmiana logo Orlenu, który od początku wieku miał uosabiać narodową dumę z marsowym biało-czerwonych orłem. I ten podniosły, patriotyczny symbol, został przerobiony na znaczek zielony, ekologiczny. To tak, jakby zmienić godło Polski z orła na kotlet z soi.

Realnie jednak największą wagę ma nowa strategia Polskiej Grupy Energetycznej. I tak jak za datę zatopienia polskiego węgla można uznać 25 września, tak za datę odcięcia się od energetyki węglowej można przyjąć 19 października. Tego dnia ogłoszono nową strategię PGE. Podobnie jak Orlenu - całkowicie zieloną, z celem neutralności klimatycznej w 2050 roku.

PGE to potentat energetyczny. Z wielkiej trójki (PGE, Enea, Tauron), zapewniającej łącznie 2/3 dostaw na rynek, to właśnie Polska Grupa Energetyczna ma 41% udziału w rynku dostaw, jest największym producentem prądu w kraju. To ona ma kluczowe złoża węgla brunatnego w Bełchatowie i Turoszowie. Ma też znaczący udział w wydobyciu węgla kamiennego. Co ciekawe, PGE ma też najmłodsze aktywa energetyczne spośród polskich koncernów energetycznych.

Dzisiaj PGE zapewnia podstawowe produkty, życiowo i cywilizacyjnie niezbędne, dla ponad 5 milionów odbiorców, produkując rocznie 58 TWh energii (czyli 37% z 159 TWh całej polskiej produkcji energii).

I ten nasz polski  potentat, który dzisiaj generuje zaledwie 2 TWh (czyli 3,5%) z zielonych źródeł, zamierza te pozostałe 96,5% porzucić. Realnie oznacza to likwidację firmy w jej dzisiejszym kształcie, stworzenie całkiem nowej, łącznie z całkiem nową siecią 294 tysięcy kilometrów linii energetycznych (ponad 7-krotna długość równika kuli ziemskiej), które trzeba całkowicie przekonstruować, by doprowadzić prąd z zupełnie nowych źródeł.

Prawie 18 gigawatów mocy także zostanie porzuconych, łącznie z zaniechaniem wydobycia 43 milionów ton węgla brunatnego. PGE deklaruje bowiem: "do 2050 roku cała energia zapewniana klientom PGE będzie pochodzić ze źródeł odnawialnych".

Jednym słowem PGE z pokracznej larwy największego w Unii "truciciela" (liczone ilością emitowanego CO2, gdzie Bełchatów jest europejskim liderem), przekształci się w pięknego barwnego motyla energii odnawialnej, któremu banki biją brawo i udzielają kredytów.  No tak, tylko że ten motyl nie lata. Puszy się fałszywymi barwami, ale ktoś inny musi zapewnić bezpieczeństwo dostaw energii, gdyż chimeryczne źródła oparte na zmiennej pogodzie nie koordynują z naszymi potrzebami, nie zaspokoją ani porannego, ani wieczornego szczytu zapotrzebowania. O tym  energetycy z PGE doskonale wiedzą. Jednak oprócz węgla chcą także porzucić program atomowy, odsprzedać spółkę państwu, chociaż to elektrownia jądrowa ma być gwarantem dostaw energii.

Nowa strategia dowodzi  wycofania się naszego energetycznego czempiona z podstawowej funkcji, którą odgrywał: gwaranta stabilnych dostaw. W nowym modelu energetyki zmienia się diametralnie podział ról między zawodową energetyką i infrastrukturą a nowymi źródłami generacji. Te stare,  dotychczas zapewniające stabilne dostawy, zostają obciążone wieloma nowymi obowiązkami, jednocześnie zaś są zepchnięte na margines i mają się dostosować do przerywanej, zielonej generacji. Biorą ryzyka ich niestabilności na siebie, próbując poradzić sobie z wadami nowych źródeł. Odgrywają one rolę mrówki z bajki o mrówce i koniku polnym. Zaś PGE - dotychczasowy gwarant bezpieczeństwa, przechodząc na zieloną stronę mocy chce się zamienić w konika polnego i skakać z kwiatka na kwiatek, zrzucając z siebie przykre obowiązki.

Ech, łezka się w oczu kręci, gdy się pamięta, co polski premier zapowiadał jeszcze w 2011 r. "To początek wielkiej przygody z polską nowoczesną energetyką". Obiecywał przy tym, że "twardo będziemy stawali w Europie za węglem". Zbudował nawet nowy blok w Bełchatowie (dzisiaj już realnie do zamknięcia przy braku inwestycji w Złoczew). Chociaż też przecież go przekonywali, że się nie opłaca. Ale wtedy premier Tusk zapewniał: "energia pozyskiwana z węgla brunatnego jest najtańszą energią... Węgiel brunatny ma przyszłość i toczymy nieustanną kampanię w Europie, aby prąd w Polsce produkowany był z tego naszego najcenniejszego surowca". 

Premier Donald Tusk w czasie otwarcia nowego bloku w Bełchatowie (KPRM)

Nie ma jeszcze komentarzy...
CAPTCHA Image


Zaloguj się do profilu / utwórz profil
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ