Partner serwisu
Tylko u nas
14 grudnia 2018

Zdaniem Szczęśniaka: Kto zapłaci za klimat?

Kategoria: Zdaniem Szczęśniaka

Premier mówi: "nie będzie podwyżek cen energii". Twardo i jasno, w przyszłym roku wszak wybory... Rząd nie dopuści do znaczących podwyżek kosztów gospodarstw domowych, zwłaszcza tych uboższych. Co się stało? No cóż, kto czyta KierunekChemia, wiedział wcześniej, co będzie. Już w kwietniu pisałem: "ETS wraca, proszę zapiąć pasy". Jakby to powiedział nieodżałowany Kisiel, "to nie kryzys, to rezultat". Jak się zgadzamy w Brukseli na takie mechanizmy, to mamy to, na co się zgadzamy.

Zdaniem Szczęśniaka: Kto zapłaci za klimat?

Inwestorzy, czyli finansowi spekulanci, grający na ETS, wyczuli świeże mięso i rzucili się do huśtania rynkiem, gdy tylko Bruksela zacisnęła pasa, czyli zmniejszyła podaż uprawnień. Mniejsza podaż, wyższa cena - proste jak dwa razy dwa. Więc uprawnienia skoczyły z poziomu 5-6 Euro za tonę do 20-25 euro. A że w Polsce jedna megawatogodzina to w przybliżeniu jedna tona co2 - więc do 1 MWh należy doliczyć 15-20 euro, czyli 60-80 zł/MWh. I tyle rzeczywiście mają wzrosnąć ceny energii w przyszłym roku - w taryfie G-11, dla "zwykłych Kowalskich" cena z 24 groszy za kWh ma skoczyć do 30 groszy.

Historia i prognoza cen energii w taryfie dla przeciętnego gospodarstwa domowego (źródło Ministerstwo Energii)

Jednak demokratyczna władza nie może na takie rzeczy pozwolić, mając świeżo w pamięci wyjście Francuzów na ulice w proteście przeciwko podatkom klimatycznym. I co ważniejsze - ich sukces: podwyżki podatków wycofano, ustępstwa dla najmniej zarabiających poczyniono. Widać że zmniejszanie wydatków socjalnych budżetu i jednocześnie przerzucanie kosztów nowych "zielonych" pomysłów na szarego odbiorcę - napotyka gwałtowny sprzeciw.

Polski rząd podjął więc jak najbardziej słuszną decyzję - w roku wyborczym nie można dopuścić do "żółtych kamizelek" na ulicach, czy czegoś takiego, co się przytrafiło w Bułgarii, gdy rząd zimą podniósł ceny prądu i po protestach rozsierdzonej ludności - upadł.

Do tej pory kosztami klimatycznych ekstrawagancji obciążanno bowiem przeciętnego użytkownika. Nie miał on się za bardzo jak bronić, aż w końcu wyszedł na ulice. Nie wszyscy zresztą się tak bardzo bronią, popatrzmy choćby na Niemcy. Tam wiadomo, "Arbeit, Arbeit" przede wszystkim, żeby był Arbeit, przemysł musi być konkurencyjny. Więc koszty tego całego ratowania klimatu bierze na siebie przeciętny Hans Miller, który płaci już rachunki za prąd prawie najwyższe w Unii. Płaci ale wie, że jest praca, nie ma bezrobocia, da się żyć.

A u nas? W Polsce ten model nie działa, nowa energia nie przynosi miejsc pracy, wręcz przeciwnie - znikają dobrze płatnarobota w górnictwie. A ceny energii, choć są niższe niż na zachodzie, jednak zajmują o wiele więcej miejsca w naszych budżetach. Jeśli porównać dostatnie zachodnie kraje, gdzie energia zabiera 4-5 procent budżetów domowych, to w krajach środkowej Europy jest to 10-15 procent. A co dopiero będzie, gdy plany zbawców klimatu będą coraz szerzej realizowane? Więc premier nie chce usłyszeć legendarnego "jak żyć, panie premierze?", woli wygasić ten pożar w zarodku.

System jest wprowadzony na rok, a co będzie później, to pan Bóg jedyny wie, bo natura spekulacji jest taka, że najbardziej lubi, jak statek się buja na falach raz w górę, raz w dół. Im większa amplituda, tym większe zyski. Więc czy emisje będą kosztowały za rok 5 euro czy 50 euro - nie wie nikt.

fot. 123rf.com/fot. ilustracyjne
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ