Partner serwisu
Tylko u nas
08 kwietnia 2016

Energochłonny problem Europy

Kategoria: Zdaniem Szczęśniaka

Europa ma problem z sektorami przemysłu, wymagającymi dużych ilości energii. Takimi jak chemia, przemysł papierniczy czy hutnictwo. Dzisiaj widać to wyraźnie na przykładzie Wielkiej Brytanii, gdzie wielki inwestor hinduski – Tata Steel – ogłosił, że rezygnuje z brytyjskich hut stali.

Energochłonny problem Europy

Globalne wahania cen towarów takich jak ropa naftowa były znane od lat, jednak od początku tego wieku te gwałtowne zmiany cen na światowych giełdach objęły również inne towary. W związku z tym, gdy ropa z Arabii Saudyjskiej zalewa rynek - zamyka się odwierty w USA, a znacząca nadwyżka stali z Chin zmiata z powierzchni ziemi przemysł stalowy w Walii.

Ci którzy już nauczyli się, jak to działa, wiedzą, że nie kupuje się „na górce”, gdy aktywa są drogie. Ten błąd zrobił indyjski koncern Tata Steel, gdy chcąc wejść na światowy rynek, kupował przemysł stalowy na Wyspach, kiedyś we władaniu dumnej państwowej firmy British Steel. W 2007 roku Hindusi w euforii wzrostu światowego PKB wydali 13 miliardów dolarów, co okazało się bardzo nietrafioną inwestycją. Przekonano się o tym już rok później, gdy wybuchł światowy kryzys finansowy. A kilka dni temu Tata Steel ogłosił, że sprzedaje zakłady stalowe w Walii i Szkocji, czemu trudno się dziwić, gdy inwestycje w Europie przyniosły Hindusom 5 miliardów dolarów strat, a ich wartość księgowa osiągnęła zero.

Globalna gospodarka wymiata słabszych graczy. Europejski przemysł energochłonny jest  bezradny wobec globalnych zawirowań. Niszczą go wysokie ceny energii, podnoszone przez politykę klimatyczną, energię odnawialną, ekologiczne podatki. To wyrok śmierci dla branż, które bez dużych ilości energii obyć się nie mogą. Szczególnie w Wielkiej Brytanii, która ma „ulepszoną” wersję polityki klimatycznej. O ile bowiem Unia polega na spekulacjach na giełdzie handlu emisjami, to Brytyjczycy „poprawili” system i wprowadził „carbon floor price”, czyli dodatkowy podatek od emisji co2. I jeśli dzisiaj emisje kosztują (dzięki Bogu! - powinien wołać codziennie przemysł) około 5 euro za tonę, to Brytyjczycy płacą ekstra około 22 euro.

Za tym idzie utrata miejsc pracy w przemyśle, który zbudował potęgę i dobrobyt takich właśnie państw jak Wielka Brytania. Zamknięcie największych brytyjskich zakładów to utrata 15 tysięcy miejsc pracy, dodatkowe 25 tysięcy w otoczeniu przedsiębiorstw, co oznacza skazanie na zagładę miejscowości i degradację społeczności lokalnych, żyjących przy stalowniach.

Czy jest na to recepta? Nie ma, a politycy, poza wyrażeniem „głębokiego zaniepokojenia”,  nie bardzo mogą coś zrobić. I nie chcą.

Nie mogą, gdyż budowany od kilkudziesięciu lat światowy porządek gospodarczy tak właśnie działa i nie można go naruszać, gdyż łatając dziury w jednym miejscu, można spruć całą misterną tkaninę, a dzisiaj daje ona ogromne zyski uprzemysłowionym (jeszcze) krajom Zachodu. Wyeksportowały one przemysł ciężki, brudny, emitujący co2, do krajów rozwijających się, a same zajęły się tym, co tygrysy lubią najbardziej, czyli mnożeniem pieniędzy.  

Gdy premier Cameron mówi dzisiaj: „nacjonalizacja nie wchodzi w grę”, to z pewnością nie dotyczy to banków – to branża strategiczna, narzędzie zyskownego eksportu i mnożenia zebranego przez wieki bogactwa. Gdy tutaj przychodzi kryzys – pomoc państwa jest natychmiastowa i bezgraniczna. W 2008 r. rządziła (o ironio!) Partia Pracy, a banki dostały natychmiastową pomoc, i to na niewiarygodnie wręcz wielką skalę. Na ratowanie banków poświęcono 124 miliardy funtów szterlingów. Royal Bank of Scotland otrzymał 46 miliardów, Lloyds – ponad 20, a słynny Northern Rock, który wręcz otarł się o bankructwo – 23 miliardy. Do dzisiaj Royal Bank of Scotland jest wciąż w większości (58%) własnością państwa.  Tylko na wsparcie wiarygodności depozytów wrzucono do banków brytyjskich 26 miliardów funtów. W szczytowym momencie pomocy rząd brytyjski zaangażował w banki aż 955 miliardów funtów. Góra pieniędzy niewyobrażalna dla zwykłego śmiertelnika – to prawie trzykrotna wartość polskiej gospodarki.

A do ratowania (choćby tymczasowego) przemysłu stalowego potrzeba „jedynie” 1,5 miliarda – setki razy mniej niż dla ratowania banków. Ale to… „nie wchodzi w grę”. Jak widzimy więc - banki są strategiczne dla gospodarki. Natomiast przemysł ciężki, w tym stalowy – nie jest. I dalej będzie znikał z Europy pod naporem wysokich cen energii, opłat klimatycznych i gwałtownych zawirowań  globalizacji. 

Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ