Partner serwisu
29 września 2016

Andrzej Szczęśniak: Ratowanie klimatu czy biznes?

Kategoria: Zdaniem Szczęśniaka

Hindusi zużywają małe ilości energii, 300 milionów osób nie ma dostępu do elektryczności, a suszone krowie odchody są podstawowym opałem w gospodarstwach domowych. Jednak chcąc nadrobić te zaległości, a jednocześnie ratować globalny klimat,  Indie w 2010 r. wprowadziły rządowy program rozwoju  energii słonecznej. Zastosowano specjalne taryfy („feed-in-tariff”), gwarantując dostawcom energii stałe ceny na wiele lat. Wyznaczono cel – 20 tysięcy megawatów mocy w 2022 r. Później ten cel zwiększono do 100 tysięcy megawatów. Aby uzmysłowić skalę indyjskich ambicji należy przypomnieć, że na świecie jest dziś zainstalowanych 227 tys. MW mocy słonecznych.

Andrzej Szczęśniak: Ratowanie klimatu czy biznes?

To miała być produkcja krajowa

Żeby nie stać się miejscem, do którego importuje się zachodnie bądź chińskie instalacje, a odbiorca i państwo dopłacają do tego kosztownego interesu, Indie postanowiły rozwinąć krajową produkcję paneli fotowoltaicznych. Ustanowiono więc wymóg „krajowej zawartości” („local content requirement - LCR”) w ogniwach krzemowych.  - Indie chcą tak planować politykę energetyczną, by rozwijać krajowy przemysł, jednocześnie pozwalając innym na eksport swoich produktów - tłumaczono. Zarówno  energię wytworzoną przez krajowe instalacje, jak i importowane – objęto wieloletnimi zobowiązaniami zakupu po stałej cenie (Feed-in-Tariff).

Amerykanie położyli indyjską produkcję

Pomysł na rozwój krajowego przemysłu nie wypalił. Instalujący panele słoneczne zwrócili się masowo w stronę importowanych produktów. Powód tej popularności był dość oczywisty: amerykańska agencja wspierania inwestycji zagranicznych oferowała tani kredyt (3% oprocentowania wobec 15-procentowych krajowych ofert), przy dogodnych długoterminowych spłatach. Jednakże pod jednym warunkiem – towar musiał być kupiony u amerykańskich producentów. To  kładło na łopatki indyjską produkcję.

Spór: Indie - USA

 

Zarzuty, że Amerykanie celowo niszczą konkurencję, rzecznik  U.S. Export-Import Bank  odrzucił z niesmakiem. Stwierdził, że jest to ustawowe zadanie tej instytucji, a Senat USA, przeznaczając pieniądze na rozwój zagranicą – wymaga, by pożyczki były użytkowane na zakup amerykańskich produktów. W odpowiedzi Indie rozszerzyły wymóg krajowej produkcji na wszystkie rodzaje ogniw, pozostawiając jednak połowę rynku dla swobodnego importu.

 

Dlatego USA oskarżyły Indie przed arbitrażem WTO w 2013 r., zarzucając im że promowanie krajowej produkcji urządzeń energii słonecznej jest niezgodne z regułami światowego handlu (GATT z 1994 r. i kolejnymi rundami WTO). Tę praktykę uznały za „subsydiowanie krajowej produkcji”, twierdząc, że takie „lokalizowanie” produktów jest „nieuczciwą przeszkodą dla amerykańskiego eksportu”, a my „jesteśmy zdecydowani bronić naszych przedsiębiorstw i miejsc pracy”. Zażądały, by Indie zrezygnowały z tego programu i nie utrudniały importu instalacji słonecznych.

Indie w odpowiedzi wskazały przykłady trzynastu stanów i miast w USA, które również wspierały lokalną produkcję urządzeń energii odnawialnej, takich jak  Michigan, Los Angeles, Kalifornia, czy Austin w Teksasie. Hindusi skarżyli się też, że pieniądze na rozwój energii odnawialnej mały być przeznaczone przez Zachód na rozwój produkcji w krajach rozwijających się, a nie na dofinansowanie własnego eksportu, jednak argument ten nie znalazł zrozumienia za oceanem.

Wszystko ponoć dla „ratowania globalnego klimatu”

To oczywiste, USA chronią własny przemysł, a mówiąc o rozwoju energii odnawialnej myślą o sobie jako producencie - dostawcy technologii i urządzeń, a słabiej rozwinięte kraje widzą jako miejscu ich instalowania. Wszystko ponoć dla „ratowania globalnego klimatu”. Na ten argument powołali się  amerykańscy zieloni, przekonując że ambitne plany Indii w promocji energii słonecznej mogą się nie udać. Wszystkie instalacje trzeba będzie importować, a dofinansowywana z budżetu zielona energia nie będzie tworzyć lokalnych miejsc pracy, co pogłębi jedynie zadłużenie indyjskiej gospodarki. Oczywiście dla zielonych działaczy zagrożeniem jest ocieplenie klimatu, więc w imię tego apelowali do amerykańskiej administracji, żeby wycofała skargę. Bez efektu, biznes to biznes.

Indie przegrały arbitraż

Arbitraże w ramach WTO to zgryzota dla krajów, chcących nadrobić zaległości rozwojowe i na globalnym, otwartym na oścież rynku muszą ochronić  własny przemysł, pomóc mu stać się konkurencyjnym. Nawet takie bogate regiony jak Unia Europejska mają poważne zastrzeżenia wobec  sądów niepodlegających narodowej jurysdykcji. Kraje biedniejsze rzadko  składają takie skargi, zbyt są zależne od finansowania zachodu, a i szanse na wygranie sprawy w Waszyngtonie są niewielkie. W tym wypadku też tak było – Indie przegrały arbitraż i będą musiały  negocjować z  Departamentem Handlu albo poddać się surowym sankcjom.

Światowa polityka jest brutalna wobec krajów rozwijających się. Z jednej strony blokuje się im korzystanie z najtańszych i dostępnych paliw kopalnych, zmusza do stosowania drogiej energii odnawialnej, a jednocześnie  pilnie strzeże się patentów, technologii, a tanim kredytem wspiera własne produkty, dbając raczej o biznes niż o klimat.

fot. 123rf.com

Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ