Partner serwisu
30 marca 2020

Naftowa wojna handlowa, gdy wokół pandemia

Kategoria: Aktualności

Po piątkowej klęsce spotkania OPEC + (LINK), gdy Rosji postawiono ultimatum "wszystko albo nic", a ta odmówiła, rozpoczęła się naftowa wojna handlowa.

 

Naftowa wojna handlowa, gdy wokół pandemia

Jej początkiem były słowa rosyjskiego ministra Nowaka, który ogłosił że "od 1 kwietnia ani kraje OPEC ani nie-OPEC nie obowiązują żadne ograniczenia". I nie brzmiało to jak primaaprilisowy dowcip. Saudyjski książę Abdulaziz, zapytany, czy Królestwo ma plany zwiększenia produkcji, odpowiedział: "Jeszcze się zdziwicie". I rzeczywiście, świat zamarł.

I choć umowa obowiązywała jeszcze do końca marca, natychmiast rozpoczął się atak Arabii Saudyjskiej. Już w niedzielę ogłosiła o potężnym obniżeniu cenników, a do tego dodatkowo Saudi Aramco oferował ogromne upusty, wysokości 8 dolarów, i podwyższeniu wydobycia ropy - z 9,7 mln w marcu do 12,3 mln baryłek dziennie. Głównym kierunkiem uderzenia były rynki rosyjskiej ropy, szczególnie w Europie. Tam Saudowie skierowali specjalną ofertę, która była tak przekonująca, że traderzy rosyjskiej ropy nie mogli się przez nią przebić, nabywcy po prostu odmawiali odbioru.

Arabia Saudyjska zastosowała taktykę spalonej ziemi, żeby konkurencję mocno zabolało. Wyglądało to na przykręcenie konkurentowi śruby tak mocno, żeby przestał igrać z ogniem i wrócił do stołu negocjacyjnego. No i przyjął warunki silniejszego w tej grze. Przecież gdyby Rosja zmniejszyła trochę wydobycie, ceny mogłyby się utrzymać na poziomie 60 dolarów, a jeśli spadną do 40 dolarów, Rosja będzie tracić 100-150 milionów dolarów każdego dnia. A dzisiaj Brent kosztuje 27 dolarów... Wzrost wydobycia o 2-3% nie zrekompensuje przecież tych strat. Tylko że nie z Rosjanami takie numery. Oni na takie właśnie naciski i szantaże są wyjątkowo odporni. Im większy nacisk, tym mocniej zacisną zęby i... niesymetrycznie odpowiedzą. Uderzą przeciwnika w inne, czułe dlań miejsce.

Konkurencja na rynku wygląda na zabójczą. Produkcja ropy musi zostać gdzieś zmagazynowana. Więc gdy już napełnią się magazyny na lądzie, używa się do tego tankowców. Gdy więc koszt wynajmu tankowców strzelił w górę ponad 3-krotnie, dla fachowców było jasne, dostawy tracą odbiorców, a kolejne partie ropy gdzieś trzeba wlać, więc potrzebne jest więcej statków, więc ich ceny strzelają w górę...

Co wtedy? Trzeba obniżyć ceny. Ceny, które ogłaszane są na giełdach, to ceny odniesienia (benchmarks). Tak dla innych rodzajów ropy niż Brent czy WTI, jak i konkretnych transakcji - ceny różnią się od nich. I właśnie od tych cen producenci i traderzy zaczęli dawać coraz większe upusty. Pierwsze plotki na ten temat poszły natychmiast po nieudanych negocjacjach. Saudowie oferowali ropę z potężnym dyskontem wobec cen giełdowych, więc nie dość że notowana Brent spadły dramatycznie nisko, to jeszcze brak popytu i wściekła konkurencja spowodowały, że dyferencjał cenowy Urals-Brent spadł w najniższe regiony od wielu lat, wynosił 4,49 dolara na baryłce. Czyli licząc Brent po 27 dolarów, trzeba o tyle taniej sprzedawać najpopularniejszy gatunek rosyjskiej ropy.

Przy takich doniesieniach z rynków i narastającej panice, wywołanej rozprzestrzenianiem się epidemii korona wirusa na cały świat, na giełdach szalał pożar. Notowania Brent i amerykańskiej West Texas Intermediate (WTI) jeszcze w piątek, dniu klęski negocjacji, uderzyły z hukiem o podłogę. Spadek o 4,72 dolara, czyli 9.4% wartości, był największy w tej dekadzie. Ale był to dopiero początek. Ceny Brent zaczęły błyskawicznie spadać jak piłka po schodach: 9 marca o 24% w dół, 16 - o 11%, 18 - o 13%. Przez dwa kolejne tygodnie, ropa jednego dnia spadała o 1/4 wartości, by kolejnego - powrócić do poprzedniego poziomu. Po tej ostrym trzęsieniu ziemi, okazało się że były to najgorsze tygodnie w historii naftowych giełd. WTI w pierwszym tygodniu po krachu negocjacji i rozpoczęciu wojny cenowej przez Saudów spadła o 23%, w kolejnym - o 29%, kończąc na 22,63 $. Gdy zaczynała rok na poziomie 62 dolarów!

Ceny ropy oparły się już o dno, jednak globalna kwarantanna wywołała gwałtowne wyhamowanie popytu na benzynę. Skutek rozmaitych ograniczeń komunikacji, zamykania granic i zakazów lotów międzynarodowych. Zablokowanie mobilności społecznej osiągnęło tak dramatyczne rozmiary, że sprzedaż na polskich stacjach spadła o połowę. Nic dziwnego, że kraki rafineryjne tego produktu spadły poniżej zera, co oznacza, że benzyna jest tańsza niż surowiec, z którego się ją wytwarza. W ten sposób kryzys dyskretnie zapukał do bram rafinerii. Jednak zadziwiające, marże na oleju napędowym wybiły mocno w górę. Dzięki temu producenci paliw nie odczuwają kryzysu. Pytanie, kiedy uderzy w nich szok popytowy i co robią, żeby go złagodzić.

Nie ma jeszcze komentarzy...
CAPTCHA Image


Zaloguj się do profilu / utwórz profil
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ