Zdaniem Szczęśniaka: Dwadzieścia lat później
Przez 20 ostatnich lat zaszły w polskim sektorze gazowym potężne zmiany. Został od nowa zbudowany na całkowicie odmiennych fundamentach, gdy poprzednie jakby wyparowały. Choć oczywiście, wiele rzeczy się zmienia, żeby niektóre się nie zmieniły.

Ostatnio Ministerstwo Energii wydało kolejne „Sprawozdanie z wyników monitorowania bezpieczeństwa dostaw paliw gazowych”. Tym razem za 2025 rok. Ogromny, bardzo zbiurokratyzowany dokument, przez który trudno przebrnąć, i który sam w sobie nie nasuwa zbytnich refleksji. Co innego jednak, jeśli porównać go z pierwszym dokumentem z tej serii, który Ministerstwo Gospodarki (przez ostatnie 20 lat sprawy energii podlegały aż trzem resortom – najpierw Gospodarki, potem Energii i Klimatu, teraz w końcu Ministerstwu Energii) wydało w 2007 roku z danymi za rok 2005.
Tego dokumentu nie zajdziesz, drogi Czytelniku na stronach rządowych. Okazało się, że dane wcześniejsze niż z 2015 roku (dziesięć lat temu), nie są już tam dostępne. To wynika ze zmieniającego się ciągle podporządkowania sektora, ale też przy dygitalizacji danych do domeny .gov gdzieś zniknęły wcześniejsze wydania Sprawozdań. Sięgnąłem więc do własnych archiwów zawodowych i dzięki temu możemy rzucić okiem na dwa zupełnie odmienne sektory gazowe naszego kraju.
Cały sprowadzany gaz w tamtym początkowym roku dywersyfikacji (którą dzisiaj już oficjalnie nazywa się derusyfikacją) pochodził z Rosji. I to pomimo tego, że w sprawozdaniach był rozpisywany na kilka pozycji. Ze wschodu miał pochodzić z Rosji, Ukrainy, Uzbekistanu, Kazachstanu, Turkmenistanu, a z zachodu z Niemiec i Norwegii (mikroskopijne pobory z Czech tutaj pomijam). Jednak cały ten gaz, łącznie z legendarnym wręcz „kontraktem norweskim” w rzeczywistości był gazem rosyjskim, przekierowywanym i zawracanym w zależności od układów polityczno-biznesowych.
Za to w 2025 Ministerstwo Energii mogło pochwalić się „całkowitą niezależnością”, gdyż import był realizowany „z kierunków nierosyjskich”. Dzisiaj nasze gazowe potrzeby są zaspokajane przez dostawy z morza – czy to LNG, czy gazu z Danii i Norwegii. Kierunek „od morza”, na który zostaliśmy przekierowani (piszę tak świadomie, gdyż uważam, że w procesie tym główną rolę odegrały siły zewnętrzne) dostarcza nam 88% importu (Baltic Pipe 45% i LNG 43%). Zaś Rosję z jej wcześniejszym stuprocentowym udziałem, zastąpili dostawcy z krajów zachodnich. Dwóch z nich z nich przejęło ogromną część polskiego rynku gazu – Dania (39% importu) i USA (31%). To są bezpośredni beneficjenci tej długotrwałej operacji, całkowicie zmieniającej rzeczywistość polskiego sektora gazowego.
Wcześniej bezpieczeństwo naszych dostaw gazu było oparte na pozycji tranzytowej między największym światowym producentem a największym importerem. W 2005 roku opierano na stabilnym (i wolumenowo i cenowo) imporcie rurociągowym z jednego kierunku i znaczącej produkcji własnej. Jednak ten rodzaj bezpieczeństwa nie odpowiadał naszym zachodnim partnerom, Europa całkowicie się odcięła od importu ze wschodu, więc i nasza pozycja tranzytowa, dość przecież mocna, została unicestwiona. Czy jako kraj sąsiedzki musieliśmy aż tak radykalne środki podejmować wobec rosyjskiego importu, pozostanie tematem do dyskusji między politykami i historykami. Ale to są fakty i z nimi się nie dyskutuje.
Dzisiaj mamy całkowicie odmienną strukturą bezpieczeństwa: opartą na podporządkowaniu rynkom światowym, z możliwością wyboru dostawcy na zasadach komercjalnych, choć bardzo ograniczonych politycznymi uwarunkowaniami. Ma ono inny charakter i inne zagrożenia w nim dominują, których teraz właśnie doświadczamy - choćby obecne odcięcie Kataru od możliwości eksportu, czyli zniknięcie 11% polskiego importu gazu, czy niezwykle wysokie ceny surowca.
Nasze bezpieczeństwo gazowe we wskaźnikach bezwzględnych (relacja importu do całkowitego zużycia) przez ten czas drastycznie zmalało. O ile bowiem w 2005 roku krajowe wydobycie zaspokajało 30 procent potrzeb, to w 2025 jedynie 16%. Wydobycie od tego czasu także spadło o 14% (z 47,5 do 40,7 TWh).
Ten spadający poziom fundamentalnego wskaźnika bezpieczeństwa dostaw gazu zawdzięczamy też zjawisku, o którym wtedy w ogóle nie myślano. Otóż ogromna większość inwestycji w wydobycie gazu poszła za granicę. Najpierw PGNiG, potem Orlen (ale także Lotos) zainwestowały ogromne środki w złoża w Norwegii. To prawdopodobnie było warunek budowy rurociągu gazowego z tamtych złóż, natomiast krajowe poszukiwania i wydobycie z tego powodu trwa w dość karłowatej i kurczącej się wciąż formie. A to przecież jest podstawowy element bezpieczeństwa energetycznego. Minister Energii broni się przed takim zarzutem, twierdząc, że lukę po spadającym wydobyciu własnym w pełni i bezpiecznie pokrywa rozwinięta infrastruktura dywersyfikacyjna: masowy import LNG (ponad 40% dostaw) oraz gazociąg Baltic Pipe. Moim zdaniem to słaby argument.
Te dwie fundamentalne różnice między polskim sektorem gazowym dzisiaj i 20 lat temu warto uzupełnić kilkoma uwagami. Na przykład o aspektach, które się nie zmieniły… O nich, i nie tylko, za tydzień…






