Zdaniem Szczęśniaka: Zielone otrzeźwienie
Chiny całkowicie opanowały sztucznie wykreowaną branżę nowej energii. Ameryka otrząsnęła się pierwsza z tej dominacji. Teraz przed decyzją stoi Europa.

W poprzednim artykule opisywałem przedziwne zjawisko, gdy przemysł nowej energii pozostawiono Chinom, u siebie jedynie instalując ich produkty. Jednak na Zachodzie zaczęto uświadamiać sobie, że coś tu nie gra, że narasta zależność od chińskich technologii. A co ważniejsze, oddaje mu się rynki i zyski z nich.
Chiny wypracowały własne technologie, potrafią je bezkonkurencyjnie tanio wytwarzać i stanęli na najwyższym globalnym podium branży nowej energii. Zamiast sprzedawać swoje przedsiębiorstwa inwestorom z Zachodu, zaczęły budować własne fabryki na całym świecie, a zagraniczne inwestycje w tej tylko branży przekroczyły już 200 miliardów dolarów. Dla porównania – taką właśnie wartość miał amerykański Plan Marshalla po II Wojnie, który przy ówczesnej przemysłowej dominacji Ameryki (50% światowego PKB), zapewnił jej przewagę nad resztą Zachodu na długie dziesięciolecia.
Zaczęło się skromnie z 15 lat temu, ale od 2022 roku proces gwałtownie przyspieszył. Setki projektów startowały każdego roku, głównie w Azji, ale także w rejonie Zatoki czy w Europie. O ile wcześniej inwestowano w produkcję za granicą paneli słonecznych, tak od 2021 r. rozszerzono gwałtownie portfolio na baterie, ich komponenty, instalacje zasilające samochody elektryczne (EV) czy zielony wodór. To zmieniło światowy krajobraz przemysłu nowej energii.
Chińczycy wykorzystywali przy tym zasady globalizacji, otwierające rynki i chroniące przed protekcjonizmem. Ale przekonali się, że także międzynarodowe prawo jest jak pajęczyna: bąk się przebije, mucha uwięźnie, jak pisał Jan Kochanowski. Te reguły były dobre, otwierały rynki, gdy to Ameryka chciała je zdobywać, a dzisiaj są ignorowane. Wykorzystuje je bowiem potencjalny konkurent, który nie chce być zasobem taniej siły roboczej, inwestycji dla obcego kapitału i producentem towarów, w której tzw. eksporter ma mikroskopijny udział w wartości wytworzonej, co kiedyś pokazywał klasyczny przykład IPhone’a.
Prezydent Obama wprowadził pierwsze taryfy celne na import elementów paneli słonecznych w 2012 roku. Po nim prezydent Trump za pierwszej kadencji rozszerzył znacznie te ograniczenia importowe, także na EV. Z kolei prezydent Biden sięgnął argumentu praw człowieka, eliminując wielu chińskich producentów. Fundując potężne rządowe dopłaty dla nowej energii w Ameryce (IRA), wykluczył z nich firmy chińskie, a przecież w globalizacyjnych regułach kapitał nie ma narodowości. I wydał wojnę celną, podnosząc cła na chińskie samochody elektryczne do 100%, a później obłożył też cłami chińską produkcję w innych krajach.
Prezydent Trump poszedł jeszcze dalej – nałożył horrendalne cła na Chiny, ale co najważniejsze – zakończył preferencje i dopłaty państwa do instalacji i użytkowania nowej energii. Zlikwidował mechanizm, który wzbudzał największe oburzenie, że Chińczycy produkują i zarabiają, a Ameryka dopłaca do instalacji ich produktów, karmiąc swego konkurenta, a powoli też rosnącego w siłę – wroga. W efekcie do nowej energii przestały napływać pieniądze zachęcane dopłatami, gwarantowanymi zyskami i innymi przywilejami. Zaczął się odpływ – w 2025 r. aż 22 miliardy dolarów zniknęło z tego rynku. Ameryka otrząsnęła się z zielonej pomroczności.
Tego samozachowawczego instynktu pozbawione są elity w Brukseli. Być może z tego powodu, że z realną gospodarką nie mają nic wspólnego, większość z nich to aktywiści, humaniści i biurokraci. Poza tym w porównaniu do rządu USA, gdzie zasiada 12 miliarderów, to biedne myszy kościelne. A ich stosunek do rodzimego przemysłu doskonale ilustruje tekst „Europejskie dezinwestycje chemiczne”. Cóż więc się dziwić, że tak anemicznie stymulowały wzrost mocy wytwórczych urządzeń nowej energii, że wszelkie Green Deale jak były mizerne, tak i są. Kolejne Komisje koncentrowały się na pokrywaniu terytorium Europy chińskimi panelami. Zaniedbując inwestycje w produkcję, tworzyły dla Chin rynki zbytu, by osiągnąć ideał – aż 97% instalowanych paneli pochodziło stamtąd właśnie. Jednak europejscy biurokraci są pod twardym naciskiem Waszyngtonu Trumpa. Presja jest ostra, przypomina początkowe fazy nacisku Ameryki na odcięcie się przez Europę od Rosji. Pojawiają się argumenty „uzależnienia”, bezpieczeństwo narodowe czy „nieuczciwej konkurencji” i dopłat państwa.
Ale z energią odnawialną nie jest tak łatwo jak z gazem i ropą z Rosji. Tamto podmyło jedynie przemysł ciężki (energochłonny), wobec którego Bruksela nie ma sentymentów. Natomiast odcięcie się od chińskich dostaw urządzeń nowej energii powoduje, że upada coś, co stawi trzon, fundament, wręcz dumę Brukseli – jej globalne przywództwo w ratowaniu klimatu. A to przecież esencja jej istnienia. Amerykanie naciskają, eurokraci debatują. Wrócimy do tematu, bo ważny…






