Zdaniem Szczęśniaka: Wojna, kryzys i ceny paliw
Mamy kolejną wojnę w Zatoce. Ameryka i Izrael napadły na Iran. To już po raz drugi w ciągu roku. Jednak tym razem – na poważnie. W ruch poszła „naftowa broń nuklearna” Iranu, czyli Cieśnina Ormuz.

To dla transportu ropy naftowej najważniejsze miejsce na świecie – kluczowy globalny węzeł logistyczny ropy, a od niedawna także i gazu skroplonego LNG. Przez ten wąski (32 km w najwęższym miejscu) przesmyk przechodzi prawie 40% światowego handlu ropą (17 milionów baryłek dziennie)i 1/4 globalnego eksportu LNG. Iran, broniąc się przed napaścią użył tej broni, zagroził zatopieniem każdego statku, który będzie przechodził przez to wąskie gardło („choke point”) światowego handlu. I choć nie posunął się do zaminowania go czy zatopienia statku na torze wodnym, co trwale zablokowałoby ten szlak, to skuteczność groźby została potwierdzona przez ubezpieczycieli – wycofali oni polisy dla statków przechodzących przez to miejsce. A bez ubezpieczenia – nie ma dzisiaj żeglugi. Więc Cieśnina stoi.
Jej zamknięcie uderzyło w cały świat, gdyż z dnia na dzień zabrakło prawie jednej piątej światowego popytu na ropę. Wszelkie prognozy przewidywały spekulacyjne szaleństwa, cenę powyżej 100, 150 czy 200 dolarów. To przecież oczywiste, inwestorzy finansowi, trzęsący rynkami towarowymi, zarabialiby na obawach krocie, choć fizycznie świat byłby zabezpieczony na dobrych kilka miesięcy poprzez obowiązkowe rezerwy ropy (w Polsce na ponad trzy miesiące).
Jednak tak się nie stało. I to nawet przy najpoważniejszym kryzysie energetycznym we współczesnej historii. Wiele ich bowiem mieliśmy, szczególnie pod koniec XX wieku. Jeżeli jednak porównać ilości, które brakują do zaspokojenia światowego popytu na ropę naftową i gaz ziemny teraz i wtedy – to aż dech zatyka, jakiej skali mamy problem. W latach największych, historycznych kryzysów naftowych – od arabskiego embargo w październiku 1973 roku, po Pierwszą Wojnę w Zatoce (do stycznia 1991 r.) nigdy aż tyle ropy nie zostało zdjęte z globalnego rynku. W tamtych kryzysach, brakowało przez kilka miesięcy „zaledwie” między 4,1 a 5,6 miliona baryłek dziennie. To było około 7 – 8 procent ówczesnego światowego rynku. Napisałem „zaledwie”, gdyż dzisiaj zaczyna nam brakować 17 milionów baryłek ropy przepływających codziennie przez Cieśninę Ormuz w tamtym roku. To około 16 procent globalnego rynku – 2-krotnie więcej procentowo niż przy największych globalnych kryzysach naftowych. Samo to zestawienie pokazuje niewiarygodnie wielką skalę problemu. I zagrożenia, przed jakimi staje świat w wyniku tej wojny.
W dzisiejszym kryzysie uczestniczy nie tylko najważniejszy surowiec energetyczny świata – ropa naftowa. Także gaz ziemny, którego globalny rynek został wykreowany całkiem niedawno. Tutaj natychmiast zniknęło z rynku około 20 procent światowej produkcji, to znaczy całe moce skraplania gazu przez Katar. Ale nie tylko – eksporterami są także Zjednoczone Emiraty Arabskie i Oman. Te pierwsze są podobnej sytuacji jak Katar, zablokowane zamknięciem Cieśniny. Instalacje Omanu znajdują się na południu i nie są bezpośrednio objęte blokadą, ale z kolei są niezwykle blisko wydarzeń wojennych, co powoduje, że ich ubezpieczenie jest praktycznie niemożliwe. A warto zauważyć, że łącznie ci producenci stanowią 24% światowego rynku.
Pomimo skali kryzysu w pierwszym tygodniu wojny ceny ropy naftowej rosły niemrawo. Jakby w oczekiwaniu, że konflikt będzie kolejną trzydniową wojną i zakończy się wzajemną wymianą ostrzałów. Więc w ciągu tygodnia ceny wzrosły z 71 dolarów do 93 $, „zaledwie” o 22 dolary, czyli 17%. Bardzo, ale to bardzo skromnie jak na takiej skali kryzys naftowy.
Jednak drugi tydzień rozpoczął się od jakieś podziemnej walki tytanów. W poniedziałek 9 marca ceny wybiły aż do 119,5 $/b, by do końca dnia spaść do 99 $/b. To wzrost (+27%) i spadek (-18%) historycznej wielkości, większe notowano jedynie w kwietniu 2022 r. Jednak nigdy te wahania nie odbyły się w ramach jednego dnia. Pod zasłoną „transparentności”, szczelnie osłaniającej spekulacje na giełdach towarowych, rozegrała się jakaś walka gigantów, z których jeden obóz grał na premię strachu, a drugi tłumił ją ze wszystkich sił. Oczywiście nie wiemy, kto jakie role odgrywał, ale wolumen obrotów był ogromny, więc oba obozy zmobilizowały potężne siły. Odpowiedź na pytanie, co się dzieje na giełdach towarowych jest warta miliardy dolarów.
Ale nawet brak historycznych rekordów notowań nie uchronił nas od wzrostu cen na stacjach. Możemy je śledzić na różnych portalach konsumenckich, jednak najlepszym ich benchmarkiem jest cennik hurtowy Orlenu. Pokazuje, jak szybko kryzys ten sięga do naszych kieszeni. Jeśli traktować hurtową sprzedaż Orlenu jako wzorcową stację paliw, to przez 10 dni tej wojny ceny diesla wzrosły o 1,91 zł i wynoszą dzisiaj 7,82 zł/litr (z VAT-em rzecz jasna). Każdy kierowca musi więc wysupłać prawie dwa złote więcej niż wcześniej za litr oleju napędowego. Ciut mniej boleśnie wyglądają benzyny - standardowa „95” na "hurtowej stacji Orlen" kosztuje dzisiaj 6,48 zł/litr, czyli 99 groszy za litr więcej niż przed wojną. Tylko złotówka więcej…
Temat, jak to się kiedyś mówiło, jest „rozwojowy”. Będziemy mu się przyglądać …






