Zdaniem Szczęsniaka: Europejskie dezinwestycje chemiczne
Unijny przemysł ciężki coraz mocniej potyka się o przeszkody, stawiane na jego drodze przez Brukselę. Najnowsze podsumowanie tej dywersyjnej roboty wypada wyjątkowo niekorzystnie dla Komisji Europejskiej.

Już dwa lata minęły, gdy europejski przemysł wezwał Brukselę do otrzeźwienia i zmiany strategii industrialnej. Efektem była ambitna „Deklaracja Antwerpska”, pod którą podpisały się 1342 organizacje branżowe z 25 sektorów gospodarki. Dokument przyjęła uśmiechnięta Ursula von der Leyen, starała się przecież wtedy o ponowny wybór… Problem w tym, że nic z tymi postulatami nie zrobiła.
W tym roku przemysł spotkał się z Komisją i jej przewodniczącą w tych samych przepięknych wnętrzach XVI-wiecznej flamandzkiej giełdy towarowej. Jednak rezultaty spotkania były kwaśne jak cytryna. Przygotowany przez przemysł raport monitorujący realizację Deklaracji przez Komisję nie pozostawia złudzeń – aż 83 procent wskaźników konkurencyjność w Unii nie poprawiło się od tego czasu, albo wręcz POGORSZYŁO! Przytaczane są wciąż te same powody: ceny energii, zapóźnienia infrastrukturalne czy narastające obciążenia regulacyjne. Bruksela nie realizuje oczekiwań gospodarczych i nic nie wskazuje na to, że zamierza to zrobić.
Przyjrzyjmy się energii. Unijna cena energii dla przemysłu wyniosła w ubiegłym roku 179 euro/MWh, czyli 760 zł. Liczona oczywiście bez VAT i innych odzyskiwalnych podatków. To 2,4-krotnie wyższe stawki niż w Chinach, USA czy Indiach, których przedsiębiorstwa płaciły około 75 euro (320 zł). To obciążenie dla konkurencyjności zwiększają jeszcze koszty gazu, który europejski przemysł nabywał w 2025 r. aż po 65 euro, czyli 275 zł/MWh. Tym razem to 4,6-krotnie więcej niż w USA. Co ciekawe, wzrosły też nieodliczalne podatki, a to przecież domena Unii. Jedna megawatogodzina europejskiej energii zawiera 26 € podatków, gdy amerykańska – 10 €, a chińska – zaledwie 4 euro.
Najbardziej poszkodowaną w tej dywersyjnej robocie Brukseli są chemia i petrochemia. To liderzy potrzeb energetycznych. To w nie najdotkliwiej uderza polityka wysokich cen energii dla przemysłu. Od lat był widoczny proces kurczenia się unijnego fundamentu gospodarki, jakim jest branża chemiczna. Ja sam cztery lata temu użyłem określenia, że „europejska chemia pakuje walizki”.
Dzisiaj mamy już na stole twarde liczby z raportu CEFIC, europejskiej organizacji tej branży. Przez ostatnie cztery lat przemysł chemiczny w Europie zamknął zdolności produkcyjne wielkości 37 milionów ton rocznie. Ile to jest? Jedna dziesiąta całej gałęzi przemysłu. Zaś tempo likwidacji narasta jak lawina śnieżna – w 2022 r. było to 3 mln ton, a w 2025 już 17 milionów.
Z tych oficjalnie ogłoszonych zamknięć dość duża część znajduje się w naszej, środkowej części Europy – aż 5,1 mln ton mocy wytwórczych. Większa niż we Francji (3,9 mln) czy W. Brytanii (4,5 mln). Jednak rekordowe likwidacje nastąpiły w Niemczech (8,8 mln) i Niderlandach (7,2). Zamknięcia dotyczą głównie petrochemikaliów – to prawie połowa wycofanych z użycia mocy (w tym dziewięciu krakerów parowych, czyli 16% potencjału EU), i chemii nieorganicznej. Zamknięcia dotykają bezpośrednio 20 tysięcy dobrze wynagradzanych pracowników i odbijają się szerokim echem w gospodarce. I co ciekawie, dokładnie w połowie przypadków podaje się jako powód wysokie ceny energii, gdy nadmierną regulację – zaledwie w 8% przypadków.
Kilka najnowszych przykładów. Niedawno producent „zielonych” chemikalii, Vioneo, porzucił zamiar wybudowania w Antwerpii zakładów, których capex oceniano na 1,8 miliarda dolarów. Wybrał Chiny. W styczniu saudyjski gigant petrochemiczny SABIC pozbył się aktywów europejskich w ramach „optymalizacji portfolio”. Mówiąc po prostu uciekli z kurczącego się rynku, na którym rosną koszty produkcji i szaleje klimatyczna regulacja. W styczniu ogłosiły upadłość niemieckie oddziały belgijskiej Domo Chemicals jak i Vynova – głównego europejskiego producenta PCV. Już nie wspominając o amerykańskich koncernach, jak Exxon czy Dow, zamykających tutaj swoje oddziały.
Nowych inwestycji prawie nie ma - w 2025 r. zatwierdzono zaledwie 0,3 mln ton. Tu z kolei trend jest spadkowy – zmniejszyły się aż o 86% wobec 2022. Przez cztery lata w miejsce 37 miliona ton likwidowanych, zapowiedziano inwestycje na jedynie 7 milionów ton. Czyli bilans wychodzi ujemny – na minus 30 milionów ton. Nowe inwestycje koncentrują się w zachodniej Europie - we Francji zapowiedziano nakłady kapitałowe 1,7 miliarda euro, w Niderlandach 1,5 mld, w Niemczech 1,4 mld. Zaś w Środkowej i Wschodniej Europie – zaledwie na 1,1 mld euro. Co ciekawe, jedynie Belgia zdołała uniknąć tego regresu, gdyż tam nowe inwestycje są większe niż zamykane moce. Nowe inwestycje mieszczą się w strategii klimatycznej Brukseli, głównie w bateriach, redukcji emisji i recyklingu. Jak widać my się zajmiemy zrównoważonym rozwojem, a codzienne potrzeby konsumentów i przemysłu będzie zaspokajał ktoś inny.
Dlaczego tak się dzieje? O tym za tydzień…






