Zdaniem Szczęśniaka: Energetyczny Armageddon w Kijowie
Wojna między Ukrainą a Rosją znowu skupiła się na energetyce. Siły w tym starciu są jednak wyjątkowo nierówne, dlatego na Ukrainie instalacje leżą w gruzach, ludzie starają się przetrwać marznąc w ciemnych i zimnych wieżowcach. I uciekają z miast.

Ten miesiąc dla mieszkańców Ukrainy jest najtrudniejszy w historii czteroletniej już wojny. Od 9 stycznia trwają zmasowane ataki na system energetyczny. Narastają i koncentrują się na Kijowie, gdzie potrafi przylecieć jednej nocy 400 dronów, pocisków balistycznych i rakiet. Nadlatuje ich coraz więcej, o potężniejszej sile rażenia, więc zniszczenia są coraz poważniejsze. Tylko w ostatnim tygodniu krytyczną infrastrukturę Ukrainy zaatakowało 1300 dronów, 1050 sterowanych bomb i 29 rakiet. To odwet za ukraińskie ataki, niszczące rosyjskie tankowce, terminale przeładunkowe, rafinerie, magazyny paliw, a nawet stacje benzynowe.
System energetyczny na krawędzi rozpadu
Bank Światowy i ONZ oceniają straty energetyki ukraińskiej na 20 miliardów dolarów, ale to szacunki na długo przed dzisiejszym energetycznym tsunami. Od października rosyjskie ataki zniszczyły 8,5 gigawata mocy, a DTEK, największy operator energetyczny, utracił 60–70% swojej generacji. Na Ukrainie nie ma ani jednej całej elektrowni, w Kijowie nie pracuje żadna z trzech elektrociepłowni, zniszczonych ponawiającymi się atakami. 16 stycznia ogłoszono energetyczny stan wyjątkowy.
Ocalałe jednostki są straszliwie przeciążone, po wielokrotnych uszkodzeniach pracując na granicy możliwości. Ciągle więc coś się psuje, trzeba awaryjnie odłączać i remontować. Jednak to, co udaje się naprawić – następnej nocy jest niszczone w nalotach.
Setki, jeśli nie tysiące budynków ma uszkodzone systemy ciepłownicze. Braki prądu powodują niszczenie centralnego ogrzewania – pompy cyrkulacyjne stają, hydrofory nie działają, woda w węzłach, rurach i kaloryferach – zamarza i rozsadza je. Naprawa w idealnych warunkach trwa dzień lub dwa. Ale to prawdziwa zima, naprawy są utrudnione, przekopać się przez zamarzniętą ziemię, przez asfalt to mordęga, brak ludzi, części zamiennych.
Ukraina długo przygotowywała się do obrony systemu energetycznego – wokół transformatorów budowano ściany z betonowych bloków, instalacje umieszczano w klatkach, wypełnionych cementem i piaskiem lub okładano workami z piaskiem. Obiekty, mogące funkcjonować bez wentylacji, umieszczane są pod ziemią. W wielu przypadkach taka ochrona jest skuteczna (szczególnie przed odłamkami strąconych dronów), ale to nie wystarcza – intensywność ataków zwiększyła się gigantycznie, celność uderzeń wzrosła.
W czasie ostrych mrozów, jeszcze ostrzejszych niż w Polsce, grozi to przekształceniem wielkich miast w „lodowe dżungle”. Dla ludności oznacza to katastrofę humanitarną.
Gehenna mieszkańców Kijowa
Stolica Ukrainy, kiedyś 3,5-milionowe miasto, nocą jest pogrążona w ciemnościach. Po pierwszym zmasowanym ataku 9 stycznia cały lewobrzeżny Kijów przeżył blackout. Większość potężnych, wysokich bloków mieszkaniowych została bez światła, a połowa – bez ciepła. Kolejne naloty 20 i 23 stycznia były tak intensywne, że doprowadziły do masowego blackoutu w mieście, pozbawiły prądu i ciepła 85% jego mieszkańców. I choć pracuje tam 180 brygad energetyków (łącznie z nurkami w lodowatej wodzie przywracającymi do działania elektrociepłownię), to przez kilka dni udało się podłączyć jedynie część mieszkań.
Elektryczność dociera przez 3-4 godziny na dobę. A mrozy nocą dochodzą do minus 20 stopni Celsjusza, nawet Dniepr zamarzł, można po lodzie przejść na drugą stronę rzeki. Życie w mieście zamiera, szkoły i uczelnie zamykają się, firmy ograniczają czas pracy. Transport, dostawy wody i kanalizacja są nieprzewidywalne. Prąd codziennie odłącza się w trybie awaryjnym, więc nie znasz dnia ani godziny. Ostatnią deską ratunku jest mobilna generacja. I małe agregaty prądotwórcze widać i słychać wszędzie – szczególnie przy pasażach handlowych.
Ciepła nie ma prawie nigdzie, ciągle przerywane są dostawy wody. Przy takich mrozach mieszkanie błyskawicznie się wychładza. Żeby przetrwać, trzeba zamknąć się w najmniejszym pokoju i nie opuszczać go. Ludzie śpią w ubraniu, a nawet w rękawiczkach, czapkach, stawiając w mieszkaniach namioty, by ciepło nie uciekało.
Wysokie, dużo wyższe niż w Polsce, bloki mieszkalne to tragedia dla ich mieszkańców. Po tygodniu mrozów i braku ogrzewania budynki zamarzają od środka, zaczyna się od wejścia, klatki schodowej, ale lód wdziera się coraz głębiej. Na najwyższe kondygnacje nie dociera woda. No wejście na dwudzieste piętro w całkowitej ciemności jest ciężką próbą, której wielu nawet podjąć nie może. O uwięzieniu na kilkanaście godzin w windzie lepiej nawet nie myśleć.
Mieszkańcy uciekają z domów bez ogrzewania i prądu, rozbijając namioty nawet na peronach kijowskiego metra. Gromadzą się w pustych szkołach, w miejscach publicznych. Na osiedlach, placach i ulicach działają specjalne „punkty niezłomności” – namioty, gdzie można się ogrzać, czegoś ciepłego napić, naładować komórkę czy połączyć się z internetem. Przed punktami wydającymi bezpłatnie gorące posiłki stoją kolejki. Zdesperowani ludzie wychodzą na ulice, mosty i blokują je w proteście przeciwko odłączeniom prądu i ciepła. Ponoć uciekło już z Kijowa 700 tysięcy jego mieszkańców. Do wyjazdu na wieś zachęcają też władze, bo tam da się taką zimę przeżyć. W wieżowcu bez energii długo przetrwać się nie da.
---
P.S. Opisywałem na łamach KierunekChemia.pl już czterokrotnie energetyczną wojnę między Rosją a Ukrainą, ale tak tragicznej sytuacji dotychczas nie było.
Luty 2022: Ukraina – wojna wojną, a gaz musi płynąć
Kwiecień 2022: Ostrożna wojna między blokami atomowymi
Styczeń 2023: Ukraińska energetyka pod obstrzałem
Kwiecień 2024: Rosyjskie rafinerie pod obstrzałem
Maj 2024: Ukraińska energetyka o krok od załamania






