Zdaniem Szczęśniaka: Nie pierwszy taki deal
Historyczny „deal” energetyczny między Ameryką a Europą nie zdarzył się po raz pierwszy. To już trzecie takie wydarzenie w ostatnich latach. Najważniejsze decyzje zapadły na początku wojny na Ukrainie i były niezwykle bolesne dla europejskich odbiorców.

W poprzednim artykule („Europejska kontrybucja energetyczna") przedstawiłem „historyczny deal” energetyczny między Ameryką a Europą i zapowiedziałem, że dla zrozumienia tego, co stało się w szkockim klubie golfowym, konieczny jest kontekst. Warto bowiem przypomnieć, że to nie pierwsze takie zobowiązanie Brukseli. W 2018 roku ten sam amerykański prezydent wymusił na Europie zakupy amerykańskiego LNG, jednocześnie bezwzględnie blokując budowę rurociągu Nord Stream 2. Czytelnicy KierunekChemia.pl mieli możliwość śledzenia tego procesu na bieżąco. Dzięki skrupulatnej realizacji zobowiązań przez Komisję, USA już w 2021 roku stały się największym dostawcą LNG dla EU.
Drugi akt tego spektaklu w trzech aktach (jak na razie) nastąpił jeszcze przed konfliktem ukraińskim. Przy rosnącym napięciu Waszyngton zaczął grozić Moskwie sankcjami, które odcinałyby Unię od dostaw gazu. Wtedy jednak Bruksela jeszcze broniła się przed takimi pomysłami, doskonale wiedząc, że restrykcje zaszkodziłyby bardziej Europie niż Rosji. Protestowała argumentując, że odcięcie dostaw ze wschodu wysoko podniesie ceny, a i tak konieczne będzie ograniczenie dostaw dla przemysłu i gospodarstw domowych. Całkiem trafne przewidywania. I spełniły się.
Przyczyna była prosta: Waszyngton jakoś przekonał Brukselę, by wydała wojnę energetyczną Rosji, deklarując pomoc. Rozpoczęto intensywne przygotowania do zastąpienia rosyjskiego gazu, w Departamencie Stanu największe globalne koncerny energetyczne zostały poproszone o zwiększenie dostaw spoza Rosji. Jednak odpowiadały wtedy, że się nie da – na światowym rynku nie ma zasobów umożliwiających taki manewr. Dla rosyjskiego gazu Europa nie ma alternatywy. Sam premier Norwegii (drugi po Rosji dostawca gazu do Unii) musiał się gęsto tłumaczyć publicznie, że jego kraj nie może zastąpić dostaw rosyjskich, gdyż już dzisiaj dostarcza wszystko co jest dostępne.
Jednak dało się. Po dyskretnym, wtedy jeszcze tak to się odbywało, „wykręceniu ramienia” (arm-twisting – taka amerykańska peryfraza wymuszenia czegoś na kimś). W miesiąc po wybuchu wojny, 25 marca 2022 r. Ursula von der Leyen (ta sama) i Joe Biden podpisali porozumienie, które przypieczętowało wojnę Europy z rosyjskimi surowcami energetycznymi. Aby jednak nie zniszczyć całkowicie gospodarki europejskiej, Ameryka miała natychmiast dostarczyć 15 mld m3 LNG. Jednak to było jedynie 10% wcześniejszych dostaw rosyjskich, więc Waszyngton zalecił Unii dość gorzką kurację: energetyczną głodówkę. Nie było siły: surowców nie wystarczyło na dotychczasowy poziom życia i działania gospodarki. Europa musiała zacisnąć pasa. I to właśnie ustalono w Białym Domu, a później specjalnie powołany zespół dopilnował realizacji tej bolesnej kuracji.
Jednak realizacja tych umów była dla Europy wyjątkowo bolesna. Ameryka nie dysponowała odpowiednimi mocami, by zastąpić nawet tę część rosyjskiego gazu, z której na skutek nacisków politycznych zrezygnowali europejscy odbiorcy (tak jak Polska). To wywołało ogromne braki gazu na globalnym rynku, także wyścig o dodatkowe dostawy (a Europa i Azja wyrywały sobie LNG, by zabezpieczyć swoje potrzeby) rozgrywał się na niewiarygodnie wysokim poziomie cenowym – w sierpniu 2022 r. notowania TTF wybiły do 350 euro/MWh.
Bruksela zobowiązała się również zorganizować unijny popyt na import LNG, gdyż amerykańskie korporacje potrzebowały długoterminowych kontraktów na zakupy gazu, umożliwiających sfinansowanie nowych instalacji eksportowych LNG w Ameryce. I, co ciekawe, na podobieństwo dzisiejszych przyrzeczeń, wtedy także Unia zobowiązała się do zakupów dodatkowych 50 mld m3 gazu rocznie. Aż do 2030 roku, a nawet dłużej. Także nihil novi sub sole…
W 2024 r. już 45% europejskiego importu LNG pochodziło z Ameryki, która dzisiaj ma ochotę na znacznie większy kawałek tortu. Apetyt rośnie w miarę jedzenia.







Komentarze