Partner serwisu
07 lutego 2018

Zdaniem Szczęśniaka: E-mobilność, przypadek Hong Kongu

Kategoria: Zdaniem Szczęśniaka

Gdy w poprzednim tekście próbowałem opisać, jak Polska wkracza w „nową erę”, przedstawiłem przypadek Norwegii, europejskiego lidera promocji elektrycznego napędu środków transportu. Wniosek był oczywisty – ten niezwykle bogaty kraj inwestuje w promocję swojego wizerunku.

Zdaniem Szczęśniaka: E-mobilność, przypadek Hong Kongu

Zajmijmy się innym przypadkiem, w kolejny bowiem etap cyklu promowania samochodów elektrycznych wkroczył Hong Kong, niezwykle małe państwo-miasto (jedynie 7,3 miliona mieszkańców), gdzie prywatne samochody są luksusem. Z prostej przyczyny – braku miejsca. Na tym niewielkim skrawku lądu ludzie tłoczą się gęsto – prawie 7 tysięcy osób na kilometr kwadratowy, a w najgęściej zaludnionych dzielnicach nawet 57 tysięcy. Dlatego Hong Kong ma bardzo wysokie podatki na samochody (podobnie jak Norwegia), i dominuje transport publiczny, z którego korzysta 90% mieszkańców.

W 2010 roku rozpoczął się program elektryfikacji parku samochodowego. Rząd wygłaszał świetliste przemowy na temat przyszłości (skąd my to znamy?), planując że w 2020 r. aż 30 procent samochodów będzie miało elektryczny napęd. Jednak w październiku 2017 r. było ich jedynie 11 tysięcy na 810 tysięcy samochodów. Czyli niewiele ponad 1 procent. Oczywiście to ogromny wzrost, gdyż w 2010 r. liczba samochodów elektrycznych wynosiła zaledwie 100.

Podstawowe narzędzie promocji to finanse - ulga podatkowa dla nabywców była ogromna. Za kosztujący 80 tysięcy dolarów samochód elektryczny nie płacili oni ani grosza podatku. A powinni – drugie tyle. Tak twardo broni się to małe quasi-państwo przed luksusem, jakim jest posiadanie własnego samochodu. Stosowano też przywileje, powszechnie także w innych krajach.

Rząd dołożył starań, by ułatwić życie posiadaczom elektryków. Zainstalował 1300 publicznych punktów ładowania akumulatorów w 180 lokalizacjach, tak że już w 2015 r. była to najbardziej zagęszczona sieć na świecie. Londyn w tym czasie miał 20 razy więcej samochodów elektrycznych i tyle samo publicznych punktów ładowania.

Gdy po siedmiu latach program zaczynał nabierać rozmachu, rząd powiedział: dość! Skutki takiej polityki stały się oczywiste – zwiększająca się liczba samochodów w zatłoczonym mieście, pustki w budżecie, choć skala zakupów była jeszcze mikroskopijna. Poza tym samochody elektryczne okazały się zabawką dla bogatych – według statystyk prawie 60% właścicieli samochodów elektrycznych ma więcej niż jeden samochód.

Władze Hong Kongu zdecydowały się więc na zatrzymanie finansowego wspomagania tego cudu techniki. Na początku 2017 r. znacząco obniżono ulgę podatkową - za samochód elektryczny, kosztujący 80 tysięcy dolarów, nabywca musiał teraz zapłacić 65 tysięcy dolarów podatku. W wyniku takiego posunięcia podrożały one o 50-80%. Nie pomógł fakt, że ulga podatkowa w dalszym ciągu wynosiła 12,5 tysiąca dolarów (40 tysięcy złotych!) a opłaty roczne były w dalszym ciągu prawie 5-krotnie niższe. Do końca 2017 roku kupiono jedynie 99 pojazdów, gdy w poprzednich latach po 2 – 3 tysiące, a w pierwszym kwartale 2017 r. (gdy ogłoszono zakończenie ulg podatkowych) prawie cztery tysiące. Klienci wykorzystali ostatni moment, żeby skonsumować hojne dotacje rządowe.

I wtedy zdarzyła się rzecz najmniej przyjemna. Otóż ci, którzy zarabiali na dopłatach rządu, zagrozili że wycofają się z inwestycji, że skoro rząd nie chce „popierać” (czytaj „dopłacać”), to oni sobie pójdą. Taki ruch wykonała amerykańska Tesla, która była największym profitentem dopłat, sprzedając aż 2939 samochodów w marcu 2017 r. (a po zakończeniu dopłat jedynie 32 sztuki). I nie ma się co dziwić, Hong Kong to prawie sześciu procent światowej sprzedaży Tesli.

Hong Kong przestał być dla Tesli jak to mówił Elon Musk, „światłem przewodnim” rozwoju elektrycznych samochodów, po prostu nie chciał aż tyle do nich dopłacać.

fot. 123rf.com
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ