Partner serwisu
26 stycznia 2018

Zdaniem Szczęśniaka: Polska wkracza w erę e-mobilności

Kategoria: Zdaniem Szczęśniaka

No i mamy e-mobilność w Polsce! Rząd może odfajkować jeszcze jeden sukces. Ministerstwo Energii przygotowało, parlament przedyskutował, prezydent za chwilę podpisze. I już jesteśmy po tej dobrej stronie historii, gdzie panuje innowacyjność, nie ma morderczych emisji co2, dominuje przemysł 4.0, a może nawet i sześć zero. To wszystko dzięki ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych, z którą wkraczamy dumnie w nową erę elektrycznych pojazdów.

Zdaniem Szczęśniaka: Polska wkracza w erę e-mobilności

A teraz poważnie. Na początku tej słyszeliśmy, że Polska będzie producentem samochodów elektrycznych, że zbudujemy własny pojazd, polski, który podniesie naszą pozycję jako innowacyjnego kraju rozwiniętych technologii. Pokazano nawet kilka przykładów, polskich przedsiębiorców, zapaleńców, którzy na własne ryzyko składają samochody z dostępnych części, dokładając coś własnego. Zaczynaliśmy więc od wizji odważnej, klarownej i odpowiadającej wysokim ambicjom naszego rządu.

A co wyszło? Wyszło jak zwykle.

Żeby jednak mieć tło dla oceny naszej drogi ku świetlanej elektro-mobilnej przyszłości, przyjrzyjmy się jak wygląda dzisiejszy ideał – Norwegia. To wręcz ziemia obiecana dla promotorów e-mobilności. W ubiegłym roku ponad połowa sprzedawanych tam pojazdów to samochody zelektryzowane, a 20% nowych zakupów to czyste elektryki. W ciągu kilku lat uczyniono ogromny postęp i niewiele brakuje, by zrealizowane zostały rządowy cel – od 2025 roku w krainie fiordów sprzedawane mają być wyłącznie pojazdy z napędem elektrycznym.

Jak osiągnięto ten błogi stan? Wprowadzono bardzo, ale to bardzo atrakcyjny system dopłacania do tych samochodów. Bezpośrednie dopłaty do samochodu elektrycznego wynosiły 30 tysięcy złotych (nie płaci się podatku importowego, VAT-u). Ale to dopiero początek, użytkownicy elektryków są zwolnieni z opłat drogowych (6-krotnie niższa opłata), połowy podatku samochodowego od firm, oszczędzając dodatkowo 5 tysięcy złotych w cyklu życia samochodu (obliczanego na 8 lat). Mają też parkowanie za darmo – kolejne 20 tysięcy, i jeszcze inne drobne opłaty – 1500 złotych. Nie mówiąc już o możliwości bezpłatnego ładowania akumulatorów. A przecież zużywają nawierzchnie dróg w takim samym stopniu jak spalinowe, prąd elektryczny też kosztuje, a miejsca parkingowe za darmo trudno wybudować. Z drugiej strony samochody w Norwegii są bardzo wysoko opodatkowane, nie tylko przy zakupie, ale także w eksploatacji – podatki od dróg, promów, emisji, wjazdu do centrum miasta.

Na skutek takiej kombinacji zrównano cenę samochodu elektrycznego z przeciętnym małym samochodem spalinowym (ceny Nissan Leaf jak i Volkswagen Golf z silnikiem 1,3 litra są porównywalne). To naprawdę bardzo hojny system bardzo bogatego kraju, który stać na realizację ambicji bycia światowym liderem walki o klimat, gdyż zarabia kosmiczne pieniądze na wydobyciu i eksporcie tych obrzydłych paliw kopalnych – ropy naftowej i gazu. Czyż może być hipokryzja na większą skalę?

Ale Norwedzy przynajmniej nie opowiadają bajek o „norweskim samochodzie elektrycznym”. Jeśli bowiem przyjrzeć się, kto na tym zyskuje, czyli jacy producenci są przez norweskiego podatnika tak hojnie sponsorowani, to widać, że czołówka światowa znalazła tam bardzo lukratywny rynek. Oczywiście pierwsi są Niemcy – Volkswagen i BMW (Mercedes na dalszym miejscu). Drudzy Japończycy – Toyota, Mitsubishi, Nissan. No i oczywiście cudowne dziecko amerykańskich elektryków – Tesla.

Czyli idealny model jest następujący: zarabiamy krocie na tych złych paliwach kopalnych, następnie wysoko opodatkowujemy samochody. To nic wielkiego, i tak każdego stać, płace w Norwegii są 7-krotnie wyższe niż w Polsce. Następnie zdejmujemy podatki i dajemy dodatkowe, wymierne finansowo przywileje samochodom, które ponoć nie szkodzą środowisku. I jak nie ma być sukcesu? Musi być, ludzie kupują towar lepszej jakości (komfort jazdy), choćby z pewnymi wadami (zasięg), który i w zakupie i w eksploatacji jest tańszy. Oczywiście ma wady, więc w bogatym społeczeństwie norweskim elektryk służy jako drugi lub trzeci samochód w gospodarstwie domowym. Spalinowym samochodem jeździ się na weekendy, w góry i dalsze podróże, a elektryk służy do poruszania się po mieście, gdzie czekają go bezpłatne parkingi, wolne bus-pasy i darmowe ładowarki prądu.

Efekt oczywisty, acz osiągnięty bardzo wysokimi kosztami. Czy ten model da się powtórzyć w Polsce? O tym tutaj…

fot. 123rf.com
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ