Partner serwisu
06 grudnia 2017

Zdaniem Szczęśniaka: Turecki węgiel pod obstrzałem

Kategoria: Zdaniem Szczęśniaka

Pisałem już, że Turcja robi energetyczny zwrot i że podobnie jak Japonia wybrała węgiel, nic więc dziwnego, że stała się obiektem ataków zwolenników zielonej energii. Podniósł się alarm - przecież „Turcja się zobowiązała”, że „wyeliminuje nieefektywne subsydia dla paliw kopalnych” (co w ludzkim języku oznacza, że tylko wiatr i słońce mają być subsydiowane). 

Zdaniem Szczęśniaka: Turecki węgiel pod obstrzałem

Gdy lamenty nie odniosły skutku, organizacje ekologiczne rozpoczęły skomasowany atak. Wielkie tuzy światowego lobbingu klimatycznego, takie jak Greenpeace, Sierra Club, „350. org”, European Climate Foundation, Climate Action Network-Europe czy Health and Environment Alliance - skupiły uwagę na Turcji. Oddziały aktywistów wyruszyły na bój. Aż strach pomyśleć – takie inwestycje w epoce globalnej walki z ociepleniem klimatu.

Wachlarz instrumentów służących do blokowania rozwoju energetyki jest szeroki, od oburzenia nagłaśnianego w mediach, przez rozmaite raporty, konferencje, protesty (również podgrzewanie lokalnych animozji), aż do wojny w sądach, która w języku angielskim ma swoją nazwę - „lawfare”. Takim działaniom towarzyszy też odcinanie od finansowania i bezpośrednie naciski polityczne.

Na masowe protesty ludności wybrano projekt w Gerze, małej nadmorskiej turystycznej miejscowości. Działacze zachęcali lokalną społeczność do protestów, aktywizując na przykład kobiety, które własnymi ciałami broniły dostępu do budowy elektrowni. Oczywiście miejscowe poparcie było za małe, żeby zorganizować większą demonstrację, zwieziono posiłki z całej Turcji, a nawet Europy i świata. Skoncentrowano „wybuch społecznego oburzenia” w tej właśnie miejscowości. W efekcie ministerstwo aż cztery razy odmówiło wydania pozwolenia środowiskowego. Projekt upadł.

Do blokowania używane są także sądy. Organizacje ekologiczne, a raczej ich kancelarie prawne, wyspecjalizowały się w atakowaniu projektów energetycznych. Jedna ze spraw została wygrana przed sądem, który w lutym odebrał pozwolenie środowiskowe dla 350-megawatowego bloku elektrowni w Izdemir, otwartej w kwietniu 2014 r. Sąd uznał że zbyt duży jest szkodliwy wpływ na starożytne miasto Kyme. Firma odwołała się i sprawa jest w toku, ale ogromna fala podobnych procesów sądowych ma zatrzymać budowę prawie 70 bloków o łącznej mocy 18 GW.

Próbowano także wymusić na międzynarodowych instytucjach finansowych (World Bank, the European Investment Bank and the European Bank for Reconstruction and Development), by odmówiły finansowania projektów. Nie ugięły się. Zainspirowano więc rezolucję Parlamentu Europejskiego, który zażądał przeprowadzenia społecznych, szerokich i dogłębnych konsultacji, które z pewnością pokrzyżowałyby plany związane energetycznymi projektami. Nie ma znaczenia, że elektrownia służy milionom gospodarstw domowych, gdy podgrzeje się lokalne emocje, można zniszczyć nawet najkorzystniejsze plany.

Turcy wytrwale realizowali swoją politykę, mieli zresztą wieloletnią praktykę opierania się naciskom, by podporządkować sektor energetyczny regułom europejskiej konkurencji i zrównoważonego rozwoju. A działo się to przez dziesiątki lat negocjacji związanych z wejściem do Unii Europejskiej (przypomnijmy, zaczęły się w 1959 roku). Turcja nie została też członkiem „Wspólnoty Energetycznej” będącej jakby przedsionkiem uczestnictwa w UE. Nie spieszyła się także z uznaniem walki z globalnym ociepleniem jako priorytetu swojej polityki gospodarczej. Konwencję ONZ podpisała dopiero w 2004 roku - 12 lat po jej powstaniu, a protokół z Kyoto dopiero w 2009, gdy praktycznie kończył on swój żywot. Taka polityka znacząco opóźniła wprowadzenie do krajowego ustawodawstwa przepisów, krępujących rozwój, szczególnie energetyki.

Proponowane rozwiązania były zbyt korzystne dla wielkich europejskich korporacji (stwarza im zachęcający „klimat biznesowy”), a niekorzystne dla kraju, który po pierwsze potrzebuje taniej energii, by nadrobić cywilizacyjne zaległości, a po drugie chce by tak ważny sektor jak energia był w krajowych rękach - prywatnych tureckich przedsiębiorców.

W szczytowym momencie tego romansu unijna ocena była bardzo pozytywna: „Turcja jest bardzo zaawansowana w dostosowaniu się do europejskich wymogów” - głosił raport z 2014 r. Liberalizacja, prywatyzacja są wzorcowe - 80% prywatnej własności, w większości w rękach tureckich przedsiębiorców - to poziom, którego nie osiąga do dziś wiele państw europejskich. Tylko ten węgiel… Węgiel nie był nawet rozpatrywany w scenariuszach zachodnich, gdyż podstawowym celem było znalezienie miejsca dla zachodnich technologii, które opanowały energię odnawialną.

Turcja nie godziła się na takie zmiany, gdyż wyżej ceni sobie rozwój gospodarczy kraju niż walory środowiskowe, przyciągające turystów przez swoją prymitywność, rustykalność, starożytny wygląd. Turcy jakoś nie chcą się stać na wzór Grecji jedynie miejscem wypoczynku i letniego plażowania dla bogatych Europejczyków, sami chcą być bogaci.

Dlatego budowa bloków i nowych elektrowni trwa nadal, mimo pojedynczych projektów „utopionych” przez aktywistów, Turcy twardo stoją przy swojej strategii. Minister Energii i Zasobów Naturalnych Berat Albayrak opisał jej podstawy tak: „Energia to istota cywilizacji, sedno rozwoju gospodarki kraju, industrializacji, przemysłu i zatrudnienia”. I zadał pytanie: dlaczego region Tracji, zużywający jedną piątą krajowej energii, ma ją ściągać z drugiego końca Turcji, gdy jego zasoby węgla brunatnego – 2 miliardy ton, są warte 50-70 miliardów dolarów?” Dlaczego mają zostać w ziemi, jak chcą tego klimatyczni lobbyści, gdy może oszczędzić wydatków na import, dać miejsca pracy i stworzyć infrastrukturę dla przemysłu i poprawy jakości życia?

No właśnie, dlaczego?

fot. 123rf.com
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ