Partner serwisu
13 października 2017

Zdaniem Szczęśniaka: Kij i marchewka, czyli chińskie e-mobility

Kategoria: Zdaniem Szczęśniaka

Moda wśród decydentów na samochody elektryczne jest dość nowa. Sześć lat temu podjęto bardziej zdecydowane kroki. Produkcja stymulowana rządowymi dotacjami zaczęła rosnąć… Niestety, i ten pomysł (jak i na energię odnawialną) skradli nam Chińczycy. O początkach tego zjawiska pisałem już wcześniej, teraz przedstawię najnowsze trendy.

Zdaniem Szczęśniaka: Kij i marchewka, czyli chińskie e-mobility

Chiny świetnie wykorzystują swoje działania, a często też obietnice (także te niedotrzymywane) jako narzędzie poprawiania wizerunku. Także dzięki boomowi samochodów elektrycznych - światowe media wręcz zachłystują się relacjami o ilościach samochodów elektrycznych, produkowanych w Chinach. I chociaż przy chińskim miksie energetycznym, opartym na węglu, dla emisji CO2 efekt będzie dokładnie odwrotny od planowanego – emisje się zwiększą, ale i tak media są zachwycone i wpatrzone w Chiny jak w obraz.

Już dzisiaj Chińczycy mogą się pochwalić światowym przywództwem – w ub.r. sprzedali ponad pół miliona samochodów elektrycznych. W 2016 r. wyprodukowali najwięcej samochodów elektrycznych na świecie, 352 tysięcy, czyli 43 procent globalnej produkcji. Do wyboru mają aż 70 krajowych modeli samochodów. Ameryka spadła na drugie miejsce z zaledwie 159 tysiącami pojazdów.

Bowiem do globalnego pijaru chińscy komuniści świetnie dodają narzędzia gospodarki planowej (nic dziwnego, prawda?). Sukces nie wziął się bowiem znikąd, od pięciu lat rząd jednocześnie stosuje metodę kija i marchewki – i dopłaca i zmusza do produkowania samochodów elektrycznych.

Na początku była marchewka i to soczysta. Dopłaty do elektrycznego samochodu dochodziły nawet do 60 tysięcy złotych – w przypadku pojazdów o największym zasięgu, bowiem Chińczycy sprytnie uzależnili dofinansowanie od najsłabszego punktu samochodów elektrycznych – ich niewielkiego zasięgu.

Marchewką z pewnością były decyzje miast z największym smogiem – Szanghaju, Pekinu i Tiencin. Dopłacały one do sprzedaży elektryków i nadały im przywileje w ruchu. Marchewkę skonsumowały oczywiście chińskie firmy, wielkie koncerny o nic nie mówiących nam nazwach: Geely, BYD, SAIC i JAC. Nie po to w Państwie Środka dają rządowe pieniądze, żeby je wywiewało za granicę.

Państwo i samorządy początkowo kupowały takie samochody, by przekonać się, co to za cuda, a z drugiej strony stworzyć zapotrzebowanie na… niedoskonałe przecież produkty. Chiny nie mają dziesięcioleci doświadczeń w branży samochodowej, a tutaj uczyć się można jedynie przez praktykę. Tak więc pierwsze porażki i wpadki (a były, były i to dużo) wzięły na siebie państwowe urzędy i biurokraci. Trwało to kilka lat i dziesiątki tysięcy nie najwyższej jakości samochodów trzeba było wyprodukować i sprzedać, żeby wyjść na prostą.

Jednak teraz państwo zmniejsza ilość dopłat, przechodząc na system, który na wzór naszych metod wsparcia OZE – można by nazwać samochodowymi „zielonymi certyfikatami”. Czyli wyprodukowałeś, masz certyfikat, który możesz odsprzedać tym, którzy nie produkują wystarczająco, by osiągnąć wyznaczone minimum. I cóż się okazuje? Że zachodnia konkurencja, chcąc sprzedawać w Państwie Środka, musi dofinansowywać swoich lokalnych konkurentów. I to w rozwoju przełomowej technologii. Sprytnie wymyślone. Żeby ten system działał, trzeba zobowiązać wszystkich producentów samochodów do sprzedaży określonej ilości samochodów z silnikami elektrycznymi. I Chińczycy zrobili to jako pierwsi w świecie. W 2019 roku już 10 procent samochodów w Chinach ma być elektrycznych. Później co roku o dwa procent więcej, aż do 2025, kiedy co piąty nowy samochód będzie elektryczny. Procenty procentami, ale już za 3 lata planowana jest produkcja miliona samochodów elektrycznych rocznie. Rocznie!

Pożytek z takiej strategii jest oczywisty. O światowym wizerunku lidera walki z globalnym ociepleniem już pisałem. Dużo bardziej realnym zyskiem jest odciążenie wielkich miast od smogu i zanieczyszczenia powietrza. Generalnie Chiny nie mają zasobów surowców energetycznych (oprócz węgla), a najmniej posiadają ropy i dlatego są jej największym importerem. Więc mniejszy rachunek za granicę i większe bezpieczeństwo, gdyby np. Ameryce zachciało się nałożyć jakieś sankcje i przerwać dostawy ropy. Ale przede wszystkim jest to szansa na zdobycie przywództwa w kolejnej branży technologicznej

Oczywiście to wszystko w ramach wielkiego planu Komunistycznej Partii Chin pod nazwą „Made in China”, który ma zapewnić światową dominację Chin w dziesięciu największych branżach technologicznych. Przekształcić gospodarkę z producenta „chińskiej taniochy” na lidera technologii, czyli tam, gdzie wartość dodana jest największa. A więc i płace pracowników i zyski przedsiębiorstw.

I nie zapominajmy, że Chińczycy chronią swój rynek cłami importowymi, które są 10 razy wyższe od amerykańskich. Na otwartym polu nie da się zbudować nowego przemysłu, potrzebne jest zaciszne miejsce, gdzie przyjeżdżają także inni, by wykorzystać tanią chińska siłę roboczą, sprzedać swoja produkcję, a przy okazji, całkowicie niechcący, podzielić się z chińskimi kolegami swoimi osiągnięciami technologicznymi.

Wzrost ilości samochodów elektrycznych jest imponujący (wykres IEA)

Post Scriptum.

Jak niebezpieczna jest chińska strategia, niech świadczy fakt, że w tych dniach europejscy producenci rowerów elektrycznych nie wytrzymali konkurencji z Chin i poprosili Komisję EU o obronę. Chcą, żeby nałożyć cła, bo rowery są tanie nie do wytrzymania. I nie ma się co śmiać – Chińczycy startując od zera dostarczają obecnie 800 tysięcy takich rowerów rocznie. To i tak drobiazg przy sprzedaży na rynku krajowym – 30 miliony sztuk! Cóż się dziwić - elektrycznych rowerów jeździ po chińskich miastach i wsiach jakieś dwieście milionów. W samym Pekinie jest ich cztery miliony i są urwaniem głowy dla porządku na ulicach, przestrzegania przepisów, bezpieczeństwa pieszych. Tak dużym, że władze miasta zapowiedziały zakaz ich używania. Zarzut oczywisty – nieuczciwa konkurencja, ale Chińczycy już przywykli – zwykłe rowery są obłożone cłami od lat 90-tych.

fot. 123rf.com
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ